W 2026 roku trenerów wymienili już właściciele Chelsea oraz Manchesteru United, a 11 lutego doszło do kolejnej zmiany w klubie z big six. Po domowej porażce z Newcastle (1:2) zwolniony został Thomas Frank. Tym samym Tottenham wysłał sygnał, że są świadomi, iż nie mogą być pewni utrzymania w Premier League.
Thomas Frank zawiódł
Przygodę Thomasa Franka na Tottenham Hotspur Stadium trudno postrzegać inaczej niż jako wielkie rozczarowanie. Wydawał się on trenerem gotowym do przejęcia większego klubu. Z Brentford wywalczył awans do Premier League, a potem zdobywał doświadczenie w tej bardzo wymagającej lidze i bez trudów utrzymywał w elicie zespół posiadający jeden z najniższych budżetów. Co więcej, w jego drużynie było widać rozwój w sposobie gry. Gdy Brentford wchodziło do Premier League, bazowało na fizyczności, dalekich podaniach, stałych fragmentach gry i dobrej organizacji w defensywie. W ostatnim sezonie Thomasa Franka widzieliśmy już więcej cech, które dawały pozytywne sygnały w kontekście pracy trenera w większym klubie (budowanie akcji od własnej bramki, wysoki pressing, mijanie pressingu rywali i przechodzenie w ten sposób do szybkich ataków, elastyczność taktyczna).
Rzeczywistość okazała się jednak dla niego brutalna. Po 26 kolejkach zostawia zespół na 16. miejscu w tabeli z 5-punktową przewagą nad strefą spadkową. Podczas swojej kadencji przegrał więcej meczów (14; 15 jeśli liczymy porażkę w rzutach karnych z PSG w finale Superpucharu Europy) niż wygrał (13). Jeszcze gorzej ten bilans wygląda w Premier League (7 zwycięstw, 8 remisów, 11 porażek), a jego zespół stracił więcej bramek (37) niż strzelił (36). Takie rezultaty dają Thomasowi Frankowi średnią wynoszącą 1,12 pkt/mecz, która jest najniższą w historii trenerów Tottenhamu, którzy w Premier League poprowadzili zespół w co najmniej 5 meczach.
Tottenham musi walczyć o utrzymanie
Thomas Frank w wypowiedziach medialnych często zapewniał, że czuje zaufanie oraz wsparcie ze strony zarządu i, mimo słabych wyników, nie obawia się zwolnienia. Na gorąco po porażce z Newcastle mówił, że jest „przekonany, że nadal będzie trenerem w starciu z Arsenalem”, ich kolejnym meczu ligowym, a kilkanaście godzin później opuszczał już Tottenham Hotspur Stadium. Tottenham prawdopodobnie widział w nim trenera na długoterminowy projekt, ale zdał sobie sprawę, że trwanie przy tym rozwiązaniu budzi ryzyko największej kompromitacji w nowożytnej historii klubu w postaci spadku z Premier League. W poprzednim sezonie Tottenham zakończył sezon ligowy na 17. pozycji z dorobkiem 38 punktów (średnio dokładnie 1 pkt/mecz), ale nie musiał obawiać się o utrzymanie ze względu na słabość konkurencji.
W obecnym sezonie średnia punktów jest więc wyższa (1,12 pkt/mecz), natomiast granica punktów potrzebna do utrzymania przesunęła się mocno w górę. Aktualne rozgrywki są pod tym względem wyjątkiem od ostatnich lat. W trzech z czterech ostatnich sezonów 29 punktów, które mają obecnie Spurs wystarczyłyby, aby pozostać w lidze. W ostatniej dekadzie (licząc od sezonu 2016/17) żaden spadkowicz nie przekroczył 35 punktów. Ten rok może być inny. Dwa miejsca spadkowe – dla Wolves i dla Burnley – są już niemal pewne, natomiast batalia o uniknięcie miejsca na trzeciej zapadni jest bardziej wymagająca. Znajdujący się w strefie spadkowej West Ham obecnie punktuje ze średnią 0,92 pkt/mecz, ale w ostatnich tygodniach ich wyniki się poprawiły i widać, że pod wodzą Nuno Espirito Santo zespół nabrał wiatru w żagle.
Tym razem byt w Premier League może zapewnić magiczna granica 40 punktów, a nie można uznać za pewnik, że Tottenham ją osiągnie. Myślenie, że w końcu się odbiją, bo mają silną kadrę (choć przy obecnych absencjach wcale nie tak silną) jest zwyczajnie naiwne, ponieważ na boisku – wyłączając początek sezonu – sprawiają wrażenie jednego z najgorszych zespołów w lidze.
Tottenham ma kłopot z piłkarzami ofensywnymi
Punktem wyjściowym do analizy problemów Tottenhamu pod wodzą Thomasa Franka – problemów, które oczywiście nie znikną po samym zwolnieniu Duńczyka – niech będzie statystyka. Oto klubowa klasyfikacja kanadyjska, czyli lista zawodników, którzy mają w obecnym sezonie najwięcej udziałów przy golach (bierzemy pod uwagę wszystkie rozgrywki):
- Richarlison – 11 (8 goli i 3 asysty)
- Cristian Romero – 9 (6 goli i 3 asysty)
- Joao Palhinha – 9 (5 goli i 4 asysty)
- Micky van de Ven – 8 (7 goli i 1 asysta)
- Mohammed Kudus – 8 (3 gole i 5 asyst)
Wśród pięciu graczy z największą liczbą udziałów przy golach znajduje się dwóch środkowych obrońców oraz defensywny pomocnik. Gdybyśmy taką klasyfikację zrobili tylko na podstawie meczów w Premier League, cała trójka również jest w czołówce, ponieważ więcej „punktów” mają tylko Richarlison i Kudus. Tottenham ratował się stałymi fragmentami gry, natomiast nie miał ofensywnych zawodników, którzy regularnie dostarczali liczby. Thomas Frank przez 7 miesięcy nie znalazł odpowiedniego zestawienia ofensywy, który wykorzystywałby potencjał piłkarzy. Zerknijmy na zawodników z najwyższa liczbą rozegranych minut w Premier League (według FB Ref):
- Guglielmo Vicario – 100% rozegranych minut
- Micky van de Ven – 91,8% rozegranych minut
- Pedro Porro – 77,9% rozegranych minut
- Cristian Romero – 73% rozegranych minut
- Djed Spence – 68,3% rozegranych minut
- Mohammed Kudus – 65,6% rozegranych minut
- Joao Palhinha – 64,9% rozegranych minut
- Rodrigo Bentancur – 60,3% rozegranych minut
- Xavi Simons – 58,7% rozegranych minut
- Richarlison – 54,8% rozegranych minut
Tylko trzech ofensywnych graczy spędziło na murawie w tym sezonie Premier League ponad połowę możliwego czasu, z czego żaden nie zagrał więcej niż 2/3 minut. To w jakimś stopniu tłumaczy dlaczego Spurs mają kłopoty z kreowaniem sytuacji, a klubowa klasyfikacja kanadyjska wygląda… dziwnie.
Kontuzje i ciągłe poszukiwania
Gdybyśmy teraz mieli wskazać jak wyglądało podstawowe zestawienie formacji ofensywnej w Tottenhamie Thomasa Franka to odpowiedź na to pytanie byłaby wyjątkowo trudna, w praktyce wręcz niemożliwa. Duński szkoleniowiec – również ze względu na bardzo dużą liczbę piłkarzy kontuzjowanych, co po części go usprawiedliwia – dokonywał wielu zmian z meczu na mecz. Przez to pomiędzy ofensywnymi piłkarzami nie dało dostrzec się nici porozumienia. Spróbujcie wskazać choćby jeden duet, którego współpraca w ofensywie wyglądała obiecująco. My nie jesteśmy w stanie znaleźć żadnego. Piłkarze odpowiadający za ofensywę sprawiali wrażenie działających w odosobnieniu od całej reszty zespołu. Rozgrywających swój mecz. Kiepsko funkcjonowały także współprace pomiędzy skrzydłowymi, a bocznymi obrońcami (w niektórych meczach objawy dobrego zrozumienia przejawiali Wilson Odobert z Destinym Udogiem na lewej stronie, ale Włoch rzadko był dostępny przez ciągłe problemy zdrowotne).
Tottenham ponadto nie ma zawodników, którzy na poziomie Premier League potrafią zrobić przewagę indywidualną w ofensywie. W pierwszej połowie sezonu takim piłkarzem potrafił być Mohammed Kudus, jednak na początku stycznia Ghańczyk wypadł z gry przez uraz. Kontuzjowani od początku sezonu są też James Maddison oraz Dejan Kulusevski, a Xavi Simons, który został sprowadzony, aby uzupełnić luki w dziale kreacji, które powstały wraz z nieobecnościami dwóch w/w piłkarzy ma problem z adaptacją do Premier League i nie spełnia oczekiwań (choć i tak jest jednym z lepszych zawodników w ofensywie Spurs). Na resztę – szczerze mówiąc – nie ma co liczyć. Są to raczej gracze do wejścia z ławki, a nie gry w podstawowym składzie takiego klubu jak Tottenham.
Podstawowym wyzwaniem dla początkowo tymczasowego trenera, a potem już pełnoprawnego następcy Thomasa Franka będzie wykrzesanie z piłkarzy ofensywnych więcej potencjału.
