Ostatnie dwie potyczki Bayernu Monachium z VfL Wolfsburgiem to starcia, w których padło po pięć goli. Wilki od dłuższego czasu są zespołem grającym poniżej oczekiwań, jednak przeciwko Bawarczykom potrafiły się zmobilizować, przegrywając „tylko” 2:3. Kamil Grabara z kolegami zapewne marzyli, że tym razem zdołają urwać punkt liderowi Bundesligi. W tych marzeniach żyli mniej więcej do 50. minuty gry…
Spokojna pierwsza połowa i deklasacja w drugiej
Nadzieje polskiego bramkarza na zachowanie czystego konta prysły już po pięciu minutach, gdy piłkę do własnej siatki skierował Kilian Fischer. Nieoczekiwanie goście zdołali doprowadzić do wyrównania za sprawą Dženana Pejčinovicia i przez chwilę zapachniało sensacją. Oczywiście gospodarze przed stratą gola mogli podwyższyć prowadzenie, ale w pewnym momencie stracili rytm. Wtedy różnicę zrobił Luis Díaz, który po akcji z Konradem Laimerem i Michaelem Olise przywrócił Bayernowi prowadzenie. Bayern Monachium schodził na przerwę z wynikiem 2:1. Dla Wolfsburga był to rezultat niekorzystny, ale wiara w sprawienie niespodzianki wciąż tliła się w zawodnikach Daniela Bauera.
W 50. minucie Olise dołożył kolejne trafienie, a spotkanie zaczęło przypominać trening strzelecki. Najpierw padła bramka samobójcza Jenza, a później gole Guerreiro, Kane’a oraz ponownie Olise. Kamil Grabara mógł łapać się za głowę, widząc, jak dramatycznie zachowują się jego koledzy z drużyny. Bawarczycy poczuli, że rywal jest mentalnie rozbity i nie potrafi utrzymać koncentracji. Monachijczycy na strzelenie pięciu goli potrzebowali zaledwie 26 minut. Mieli tyle miejsca, że mogli bawić się w jak najbardziej efektowne pokonanie Grabary. Zwycięzcą konkursu został Harry Kane, ale pozostałe bramki to także pokaz wysokiej techniki.
Warto jednak zaznaczyć, że polski bramkarz nie popełnił rażących błędów — przy uderzeniach rywali był po prostu bez szans. Jedynie przy trafieniu Leona Goretzki na 8:1 można zastanawiać się, czy Polak mógł zrobić coś więcej. Niemieccy kibice mogli sobie przypomnieć kultowe zwycięstwo z Mundialu 2014, gdy ich reprezentacja rozbiła Brazylię 7:1. Dziś w rolę Canarinhos wcielili się zawodnicy Wolfsburga. Nikt nie będzie pamiętał, że VfL do przerwy nie wyglądało wcale źle i gdyby w drugiej połowie potrafiło dobrze pressować, wynik mógłby być „na styku”. Wiele mówi także statystyka xG. Bayern Monachium wypracował 3,26 oczekiwanego gola, VfL Wolfsburg 1,36 xG. Gospodarze byli jednak bezwzględni i wykorzystywali każdą okazję, by zadać cios.
Jedyne minusy dla Vincenta Kompany’ego to problemy Josipa Stanisicia w końcówce spotkania oraz „tylko” jeden gol Harry’ego Kane’a. Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka, ale gdyby Anglik był dziś bardziej pazerny na gole, Robert Lewandowski mógłby powoli godzić się z myślą, że straci swój rekord trafień w Bundeslidze.
