Przed rokiem widziałem na własne oczy 1:3 z Crveną zvezdą i 1:5 z KRC Genk. Lech Poznań przegrywał pierwsze mecze w eliminacjach do Ligi Mistrzów i Ligi Europy znacznie, lecz nie można było mieć dużych pretensji. Serbowie i Belgowie byli po prostu lepsi. Mecze ze Stjarnanem czy Żalgirisem Wilno widziałem w telewizji jako małolat – tak samo jak inne spotkania polskich drużyn określane mianem „eurowpi******”. Wczorajsze wydarzenia na Bułgarskiej przebiły jednak wszystko. Wątpię też – albo mam na to szczerą nadzieję – żebym jeszcze kiedyś miał okazję coś takiego przeżyć.
To była najcichsza cisza, jaką ten czterdziestoparotysięczny obiekt kiedykolwiek słyszał. Z lewej strony dobiegały odgłosy radości Duńczyków, ale to było ledwie słyszalne. Dookoła słychać było tylko smutne miny kibiców. W powietrzu unosił się zaduch rozczarowania i zawodu. Większość kibiców od razu po trafieniu z jedenastu metrów Tobiasa Becha udała się do wyjścia. Ci, którzy zostali i pustym wzrokiem patrzyli na boisko, dalej nie dowierzali, że Lech dokonał rzeczy tak historycznej. Oczywiście w negatywnym znaczeniu. Może każde pokolenie Poznaniaków musi mieć swój Stjarnan. Może ta Liga Mistrzów się nie należała. A może nad tym klubem tkwi jakieś fatum, jest naznaczony. Pytań jest wiele – odpowiedzi zero.
Pewne jest jedno – lokomotywa, która miała ogromną szansę na awans do elitarnych rozgrywek, wykoleiła się w najmniej oczekiwanym momencie. Przed spotkaniem nie było mowy o takim scenariuszu. Trzy bramki zapasu. Kadra gotowa do walki, nieosłabiona żadnymi absencjami czy urazami (Aliego Gholizadeha nie uwzględniam) i stadion prawie zapełniony. Nawet remis w sobotnim meczu z Cracovią (0:0) nie podłamywał pewności siebie w to, że we wtorkowy wieczór Lech Poznań musi tylko dopełnić formalności. Przyjść, podpisać gotowy dokument o nazwie „awans” i odwrócić się na pięcie. Wszyscy uśmiechnięci ludzie pod stadionem nie mieli prawa sądzić, że ten dzień zapisze się czarną kartą w historii polskiej piłki, naznaczając wszystkich obecnych na całe życie. Wielkopolscy terapeuci będą musieli mieć na względzie to wydarzenie podczas przeprowadzania terapii. To po prostu musi spowodować zadrę na duszy kibica. Nie chciałbym być w skórze kibica Kolejorza, który obudził się w środę rano i zorientował się, że to nie był tylko zły sen.
Kibice Aarhus GF na przeciwnym biegunie
Drugim uczuciem, poza tym zawodu, była czysta zazdrość. Kibice Aarhus GF przyjechali licznie do Poznania, choć ich zespół u nich w kraju był skreślany. Porażka 1:4 w kraju była komentowana, a kibice innych drużyn śmiali się ze „słabego mistrza”. Skądś to znamy, prawda? Duńczycy jednak pokazali, co oznacza wiara w swoją drużynę. Cały mecz dopingowali swoją drużynę i było ich słychać na obiekcie w Poznaniu. Od 32. minuty ich wiara rosła, a zespół spełnił oczekiwania. De Hvide mimo paru osłabień – przede wszystkim brakiem Gifta Linksa – potrafili pokazać swój styl gry, który uwidaczniał się także fragmentami w Randers.
Nawet pomimo ich przewagi wizualnej nie dało się przewidzieć, że na boisku dojdzie do katastrofy. Głośny, a momentami ogłuszający doping pomagał Lechowi, który potrafił sobie tworzyć okazje. Problemem była jednak finalizacja, a wszyscy na trybunach złapali się za głowę, gdy rekordowy transfer w PKO BP Ekstraklasie – Luis Palma zamiast do pustej bramki, to posłał piłkę gdzieś na trzeci poziom Kotła. Czy to była kluczowa okazja, która była początkiem lawiny?
Minusów jest sporo. Poczynając od słabej postawy liderów, przez brak pomocy ze strony broniącego Mateusza Lisa, przez brak zimnej krwi w kluczowych momentach. Przecież w dogrywce Filip Jagiełło trafił na 1:3 i wystarczyło, żeby grający już nastolatkami z przodu Aarhus GF trzymać daleko od swojej bramki. Szybko stracona bramka, a następnie marnowanie kontrataków były jednak gwoździami do trumny.
Została Liga Europy…
Kibice Lecha nazywają takie wydarzenia „mokrą szmatą”. Ta była tak mokra, że nawet parogodzinne wyżymanie nie dałoby efektu. Poznań zamilkł i może być tak, że dużo wody będzie musiało upłynąć w Warcie, żeby odbudować wiarę w drużynę. Niby z trybun słychać podczas meczów przyśpiewkę „Czy wygrywasz, czy nie…”, ale jestem w stanie zrozumieć, że nawet najwierniejsi kibice mogą nie dźwignąć takiego upokorzenia.
Przegrany dwumecz odciśnie swoje piętno na klubie. Sami piłkarze pewnie będą musieli przetrawić tę porażkę, a tu zaraz trzeba grać w lidze i walczyć o Ligę Europy. I wiadomo – przecież ewentualne dostanie się do LE to wciąż będzie sukces. Tyle że niewykorzystanie stosunkowo łatwej drogi do Ligi Mistrzów ten sukces deprecjonuje. A popularna „Kaszanka” już grała niektórym w uszach. Napompowany balonik pękł i spowodował, że piłkarski Poznań już nie będzie taki sam.
Przed zawodnikami i sztabem szkoleniowym teraz ważne zadanie. Odbudować zaufanie. Lech będzie musiał się ekstremalnie postarać, aby w tym sezonie wygrać wszystko inne. Mistrzostwo i Puchar Polski pewnie złagodziłyby złość kibiców, jeśli przy okazji Kolejorz pogra trochę w Europie. Na pewno nie odkupi win całościowo. Ale z pewnością da sobie na to szanse.
Pozostaje współczuć fanom, bo widok złamanych i nieraz zapłakanych kibiców w drodze powrotnej nie był najmilszy. Stary znajomy – eurowpi****** wrócił w najgorszym możliwym momencie. Lech Poznań nie odjedzie reszcie za hajs z Ligi Mistrzów. Nie będzie uciekał w tempie 20km/h i nie będzie ligi szkockiej. Różowe okulary spadły, a szarość poranka jest dołująca.



