Czy da się łączyć walkę o mistrzostwo Polski z dobrymi wynikami w europejskich pucharach? Lech Poznań awansował do Ligi Europy, a jednocześnie na osiemnaście możliwych ligowych punktów zdobył dotychczas szesnaście. Starcie z Górnikiem było więc nie tylko prestiżowe – miało pokazać, że mistrz dalej jest silniejszy od wicemistrza i mimo łączenia ligi z pucharami chce walczyć o kolejny tytuł. Z kolei Górnik Zabrze chciał pokazać, że nie czuje się gorszy od Kolejorza i jest w stanie rzucić mu wyzwanie w rywalizacji po mistrzostwo. Stawka starcia była więc zdecydowanie większa niż trzy punkty.
Pierwszą połowę sobotniej rywalizacji można sprowadzić tak naprawdę do jednej akcji. Akcji bramkowej, w której niepewne piąstkowanie Philippa Schulze i brak odpowiedniej asekuracji defensorów z Zabrza sprawiły, że Allahyar Sayyadmanesh przelobował golkipera Górnika. To była tak naprawdę jedna konkretna sytuacja, która pokazała, jak ważna w takich spotkaniach jest jakość indywidualna. Ani Lech wcześniej nie bombardował bramki gospodarzy, ani Górnik nie zmuszał Mateusza Lisa do kolejnych interwencji. W zamkniętym meczu jeden błąd i jedna dobra decyzja wystarczyły jednak, żeby mistrz Polski schodził na przerwę z przewagą.
Strzelec gola wyróżniał się zresztą na tle reszty zawodników. Irańczyk regularnie toczył pojedynki z Michalem Sackiem generował sporo zamieszania po swojej stronie boiska. Lech nie grał wielkiego spotkania, ale gdy trzeba było przyspieszyć, najczęściej właśnie Sayyadmanesh dawał mu coś więcej. To kolejny dobry występ zawodnika, który bardzo szybko wszedł do zespołu Nielsa Frederiksena i już wcześniej strzelał w tym sezonie między innymi Wieczystej, Piastowi czy Widzewowi.
Górnik miał problemy, ale…
Janis Antiste był praktycznie niewidoczny, Paulo Bernardo nie potrafił nadać ofensywie odpowiedniego tempa, a Kacper Urbański miał zdecydowanie mniej miejsca niż w kilku poprzednich spotkaniach. Gospodarze potrafili długo utrzymywać się przy piłce i przesuwać akcję z jednej strony na drugą, ale niewiele z tego wynikało. Kolejorz kontrolował dość zamknięte starcie, a Michal Gasparik musiał szukać sposobu, żeby po przerwie jego drużyna w końcu zaczęła zagrażać bramce rywala. Tak naprawdę kibice w Zabrzu dopiero około 65. minuty mogli uwierzyć, że ich ulubieńcy nie muszą czekać na końcowy gwizdek. Sondre Liseth wreszcie pojawił się w groźniejszej akcji pod bramką Lecha i był to jeden z pierwszych momentów po przerwie, kiedy defensywa Poznaniaków została zmuszona do poważniejszej reakcji. To był najlepszy okres gospodarzy, jednak wydawało się, że Kolejorz dalej kontroluje sytuację. To była błędna ocena sytuacji, bowiem gospodarze uwierzyli w swoje szanse i szukali wyrównania.
Na kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry drogę do siatki znalazł rezerwowy Erik Prekop, który wykorzystał wrzutkę Kacpra Urbańskiego po krótko rozegranym rzucie rożnym. W jednej chwili przewaga Lecha stała się przeszłością. Pojawiły się za to pytania, czy Frederiksen pomógł swojej drużynie zmianami, czy też zlekceważył rywala, zdejmując z boiska czterech ważnych graczy, w tym Sayyada. Po strzelonym golu Górnik Zabrze poszedł za ciosem. Bliźniacza sytuacja – wrzutka i Prekop cztery minuty po golu wyrównującym dał swojej drużynie prowadzenie. Absolutnie zaskakujący zwrot akcji, wynikający zarówno z determinacji Górnika, jak i braku koncentracji Lecha. Rezerwowi Kolejorza nie dali jakości, zejście z boiska Sayyadmanesha okazało się momentem zwrotnym. Nigdy nie dowiemy się, czy z Irańczykiem na murawie, Lech byłby w stanie utrzymać korzystny wynik.



