Pobawili się w Danii? Pobawili. Zapomnieli, że w rewanżu nie można zawalić meczu po całości? A i owszem. Lech Poznań miał po pierwszym meczu z Aarhus GF trzybramkową przewagę. Dokonał jednak niedokonalnego. Najpierw męczył się w dogrywce, później mieliśmy karne.
Aarhus GF przyjechało do stolicy Wielkopolski bez paru swoich podstawowych graczy. W kadrze zabrakło także Gifta Linksa, przez co w otoczeniu Poznaniaków zrobiło się spokojniej. Nikt nie myślał nawet, że Lech będzie miał problemy z wygraniem meczu, a co dopiero z utrzymaniem przewagi.
Kolejorz zaczął od wysokiego podejścia i celnego strzału Patrika Walemarka. Później była celna główka Mikaela Ishaka po składnej akcji i podyktowany rzut karny, który jednak po weryfikacji VAR został anulowany. Można było stwierdzić, że wizualna przewaga jest, ale brakowało potwierdzenia tego golem. Golem, który wprowadziłby dużo spokoju.
Zabrakło spokoju
Zza rogu wyłaniał się jednak stary znajomy, którego już od dłuższego czasu nie było. Demony zaczęły wracać, gdy w grze gospodarzy zaczęły się pojawiać niedokładności – nierzadko na własnej połowie. Szereg strat, w tym jedna kluczowa Roberta Gumnego dały Duńczykom gola Tobiasa Becha. Głowy w dół, Luis Palma przed przerwą nie trafia z pięciu metrów i robi się nerwowo.
Wznawiamy grę, Lech Poznań znów zaczyna z animuszem, ale Gumny zagrywa w polu karnym ręką. Aarhus GF niespodziewanie doskakuje i jest bliskie, aby dokończyć rozpoczętą w 32. minucie remontadę. Szkoda, bo Mateusz Lis przepuścił strzał z jedenastu metrów pod pachą. Było bardzo źle, okazało się, że to nie koniec. Duńczycy nabrali wiatru w żagle i parli na bramkę Lecha niemiłosiernie. Parę niecelnych strzałów sprawdzało, na co jeszcze można sobie pozwolić, by w 75. minucie stało się najgorsze. Po rzucie rożnym piłkę do siatki skierował Frederik Tingager.
Lech wyglądał na boisku fatalnie, a gdy już udało mu się wyjść z akcją, która mogłaby zakończyć męczarnie, to Ishak utwierdził wszystkich w myśli, że już dawno powinien dostać zmianę. Yannick Agnero jak wszedł, to też się nie popisał, wywalając się przy pierwszym przyjęciu piłki.
Wymiana ciosów
Trzeci raz po wznowieniu gry trzeba było wejść z animuszem. Żarty się skończyły. Dość koślawo wyglądała cała akcja, strzał Michała Gurgula sprawił problemy Madsowi Hedenstadowi, a na wślizgu piłkę wbił do bramki Filip Jagiełło. Z trybun poniósł się ogłuszający wrzask, a nazwisko strzelca z pewnością skandowane było najgłośniej na świecie. Lech chciał pójść za ciosem, ale dostał odpowiedź od Duńczyków. Fala wkurzenia wylała się po golu Tomasa Kristjanssona, przy którym po raz kolejny w tym meczu – więcej mógł zrobić Lis.
Hedenstad nie bronił jak Lis. Po błyskawicznej kontrze Daniela Hakansa i strzale Agnero świetnie obronił strzał, a następnie utrzymał swoją drużynę w grze przenosząc uderzenie głową Wojciecha Mońki nad poprzeczką. Znów tętno szło w górę, bo Lech niby miał piłkę w pobliżu pola karnego rywala, lecz ryzyko kontrataku wisiało w powietrzu.
Bramka nie padła, przy Bułgarskiej mieliśmy konkurs rzutów karnych. Coś, co przed meczem było nie do pomyślenia. Trzeba było jednak pokazać jaja. Jagiełło trafił, Arnstadt też – ale w słupek. Allahyar Sayyadmanesh zlekceważył swoją jedenastkę. Tingager wręcz przeciwnie. Hedenstad obronił także uderzenie Kozbubala, lecz Agnero już go przechytrzył. Na koniec i tak triumfowali Duńczycy.



