Do przerwy bez szału, ale potem Lech Poznań i Wisła Kraków dały show

Lech Poznań może i w Pucharze Polski nie umie się w ostatnim czasie odnaleźć, ale w Ekstraklasie nadal jest sobą. Kolejnym rywalem, który przekonał się, jak trudno powstrzymać ofensywną machinę Nielsa Frederiksena była Wisła Kraków. Zespół z Małopolski na trudnym terenie się postawił, ale w kluczowym momencie, przy wyniku 1:3, nie wykorzystał szansy na złapanie kontaktu. Ekipa Mariusza Jopa pozostawiła po sobie jednak pozytywne wrażenie.

Biała Gwiazda podeszła do początku tej rywalizacji jak wytrawny bokser. Trzymała wysoko gardę, chcąc wykorzystać chwilę dekoncentracji rywala. Nadawała intensywność rywalizacji poprzez agresywną postawę w środku pola oraz naprzemienne stosowanie wysokiej i niskiej obrony. W ten sposób Kolejorz miał trudne wejście w mecz. Posiada jednak tyle jakości, że trzymanie go z dala od przeciwnej bramki jest niemożliwe. W kolejnych groźnych akcjach główną rolę odgrywał Patrik Walemark, który nie potrafił odpowiednio się wstrzelić.

Lech Poznań powinien prowadzić

I nieskuteczność Szweda była podstawowym problemem Lechitów do przerwy. Skrzydłowy miał masę sytuacji. Jedne określilibyśmy jako lepsze, inne jako gorsze, ale coś z tego powinno wpaść. Najbliżej trafienia między słupki gwiazdor poznańskiego zespołu był w 35. minucie, gdy wygrał pojedynek z Jakubem Krzyżanowskim, zagrał z klepki z Yannickiem Agnero i uderzył sprzed linii pola karnego w słupek.

Pod tym względem więc Krakowianom sprzyjało szczęście. Szczególnie, że kiedy około 20. minuty zaczęli częściej odważnie rozgrywać ataki pozycyjne od defensywy, to popełnili kilka błędów, które mogły okazać się kosztowne. Z odzyskanych piłek nie potrafił skorzystać między innymi Agnero. Grze Iworyjczyka obecnie wszyscy przyglądają się baczniej, gdyż w obliczu kontuzji Mikaela Ishaka to na nim spoczywa odpowiedzialność za gole. Jednocześnie napastnik z Afryki nie potrafił pokazać do tej pory, dlaczego Poznaniacy zapłacili za niego miliony euro.

Przeciwko Wiśle Agnero notował występ pełen sprzeczności. Z jednej strony dało się na nim zawiesić grę, bo potrafił utrzymać się przy piłce. Z drugiej strony zaś zbyt długo decydował się na to, co z nią zrobić albo popełniał błędy pokroju poślizgnięcia się. Do pewnego momentu wykonywał zadaine dobrze, by je pod koniec zepsuć.

Podobnie prezentowała drużyna przyjezdnych, która wkładała sporo pracy w ograniczaine pola przeciwnikom, ale kiedy sama miała sobie coś stworzyć, brakowało jej ostatniego podania lub finalizacji. Takim symbolem poczynań ofensywnych podopiecznych Mariusza Jopa była akcja, gdy stratę na własnej połowie zaliczył Radosław Murawski. Julius Ertlthaler podjął zlą decyzję i szansa na zaskoczenie niebiesko-białych spaliła na panewce.

Zespoły się przełamały

Nie oglądało się tego spotkania źle, bo zgadzała się dynamika, ale dopiero po zmianie stron meczyk stał się meczychem. W ciągu czterech minut padły trzy gole. Najpierw przycisnął Kolejorz. Antoni Kozubal wszedł z drugiej linii w pole karne, a tam podaniem wyliczonym na centymetry obsłużył go Leo Bengtsson. Wychowanek Lecha z bliskiej odległości pokonał Marcela Łubika.

Chwilę później odpowiedziała Wisła, która wreszcie utrzymała się dłużej w strefie ataku, również dzięki nienajlepszej próbie oddalenia zagrożenia przez Terry’ego Yegbe. Ujawniła się wtedy wszechstronność Krzyżanowskiego, którego odnalazło w polu karnym dośrodkowanie Frederica Duarte. Mateusz Lis odbił piłkę, ale ta i tak wpadła do bramki.

Na koniec zabłysnął Agnero, utrzymując się w bocznym sektorze pod presją dwóch rywali. Następnie akcja została rozegrana jak po sznurku od Joela Pereiry, przez Pablo Rodrigueza, a na Walemarku kończąc. Szwed strzelił na bliższy słupek i zmieścił przy nim futbolówkę.

Kiedy Poznaniacy się odblokowują, to na dobre. Ponownie coś dobrego można wspomnieć o Agnero. Ten zdołał podwyższych prowadzenie po tym, jak urwał się obronie, dostał podanie na dobieg i zrobił to, co do napastnika należy, czyli pokonał Łubika. Golkiper niezbyt popisał się w tej sytuacji, źle ustawiając się do obrony.

Przy korzystnym rezultacie Kolejorz nieco spuścił z tonu, co mogło źle się skończyć. Pomogła mu… niedyspozycja Angela Rodado. Hiszpan najpierw z niezłej pozycji w polu karnym uderzył słabo, a w 81. minucie chybił z jedenastu metrów. Biorąc rozbieg, poślizgnął się i huknął nad poprzeczką. Biała Gwiazda nie odpuszczała, ale Lechici nie dali się już zaskoczyć. W samej końcówce mogli nawet podwyższyć wynik, ale sprytny strzał Luisa Palmy z rzutu wolnego obronił Łubik. Poznaniacy odkuli się więc po kompromitacji z Siarką Tarnobrzeg, przedłużając dobrą serię w Ekstraklasie.

Lech Poznań – Wisła Kraków 3:1 (Kozubal 54′, Walemark 58′, Agnero – Krzyżanowski 56′)

Podobne

AUTOPROMOCJA Masz dziecko w wieku 7–18 lat? Sprawdź bezpłatną grę edukacyjną Misja: Bezpieczni →