Trzy tygodnie temu Bournemouth znajdowało się w strefie spadkowej Premier League, a drużyna Marco Rose’a nie potrafiła wygrać żadnego z sześciu spotkań ligowych. Dzisiaj Wisienki mają na koncie sześć kolejnych zwycięstw we wszystkich rozgrywkach, 16 zdobytych bramek i ani jednej straconej. Po drodze rozbiły AC Milan, Manchester United oraz Aston Villę, a sobotnia wygrana 2:0 z Leeds United pozwoliła im ustanowić klubowy rekord.
10 października Bournemouth przegrało z Chelsea aż 1:5. Była to trzecia ligowa porażka zespołu Marco Rose’a, który po sześciu kolejkach miał zaledwie trzy punkty i zajmował 18. miejsce w tabeli. Co więcej, Wisienki straciły w tych spotkaniach aż trzynaście bramek, a perspektywa pogodzenia występów w Premier League z historycznym debiutem w europejskich pucharach mogła budzić uzasadnione obawy. Tym bardziej że klub od początku sezonu nie potrafił przełożyć momentami niezłej gry na korzystne wyniki. Po porażce na Stamford Bridge trudno było spodziewać się, że już kilka tygodni później Bournemouth będzie jednym z najczęściej chwalonych zespołów w Anglii.
Milan, Manchester United i Aston Villa bez szans
Zwycięska seria rozpoczęła się 15 października od wygranej 3:0 ze Sturmem Graz w Lidze Europy. Trzy dni później Bournemouth pokonało Sunderland 2:0, odnosząc pierwsze ligowe zwycięstwo w sezonie. Warto jednak przypomnieć, że goście od 17. minuty musieli radzić sobie w dziesiątkę po czerwonej kartce Kevina Danso. Gospodarze szybko objęli prowadzenie dzięki Marcusowi Tavernierowi, a po przerwie wynik ustalił Evanilson. Znacznie większy rozgłos przyniosły jednak kolejne spotkania, w których drużyna Rose’a mierzyła się z klubami mającymi na koncie triumfy w Pucharze Europy. AC Milan przegrał na Vitality Stadium 0:3, chociaż trzeba pamiętać o okolicznościach tego spotkania. Już w 27. minucie czerwoną kartkę otrzymał Mike Maignan, natomiast dwie pierwsze bramki Bournemouth zdobyło z rzutów karnych. Najpierw jedenastkę wykorzystał Justin Kluivert, a następnie Marcus Tavernier. W końcówce trzeciego gola dołożył Amine Adli. Dla Wisienek był to jeden z największych wieczorów w historii klubu. Jeszcze niedawno występy w europejskich pucharach pozostawały dla ich kibiców odległym marzeniem, a teraz mogli świętować pokonanie siedmiokrotnego zdobywcy Pucharu Europy. Zaledwie trzy dni później Bournemouth pojechało na Old Trafford i ponownie wygrało 3:0. Tym razem nie było mowy o przewadze wynikającej z gry w liczebnym osłabieniu rywala. Manchester United został zaskoczony dwoma golami jeszcze przed przerwą. Najpierw trafił Rayan, a kilka minut później prowadzenie podwyższył Tavernier. W drugiej połowie Evanilson wykorzystał kolejną okazję i ustalił wynik. Wisienki po raz trzeci w ciągu czterech sezonów wygrały na Old Trafford dokładnie 3:0. Taką samą różnicą bramek zakończyło się ich spotkanie z Aston Villą w Pucharze Ligi. Tym razem na listę strzelców wpisali się Adli, Lewis Cook oraz Álvaro Rodríguez.
W ciągu zaledwie sześciu dni Bournemouth pokonało więc trzech byłych triumfatorów Pucharu Europy, każdemu strzelając po trzy gole i nie tracąc żadnego. Zwycięstwo z Aston Villą przyniosło dodatkowo awans do ćwierćfinału Pucharu Ligi po raz pierwszy od sezonu 2018/19. To osiągnięcie tym bardziej godne uwagi, że na początku października kibice Wisienek mieli prawo zastanawiać się przede wszystkim nad tym, kiedy ich zespół odniesie pierwsze ligowe zwycięstwo.
Evanilson strzela, a Bournemouth bije klubowy rekord
Sobotni mecz przeciwko Leeds United nie był jednak jednostronnym widowiskiem. Goście rozpoczęli odważnie i już w 11. minucie Dominic Calvert-Lewin skierował piłkę do siatki, lecz trafienie zostało anulowane po analizie VAR z powodu zagrania ręką. Bournemouth nie dominowało tak wyraźnie, jak mogłaby sugerować jego ostatnia forma. Ostatecznie kluczowy okazał się błąd Jamesa Trafforda, który w 31. minucie niecelnie podał piłkę w kierunku jednego z kolegów. Futbolówkę przechwycił Justin Kluivert i wyłożył ją Evanilsonowi, a Brazylijczyk bez większych problemów pokonał bramkarza Leeds. Dla Evanilsona było to piąte trafienie w sześciu ostatnich występach. W końcówce Bournemouth musiało jeszcze uważać na próby gości, jednak Leeds nie potrafiło poważniej zagrozić bramce Đorđa Petrovicia. W doliczonym czasie gry wynik ustalił Amine Adli, który wykorzystał podanie Juniora Kroupiego. Był to trzeci gol Marokańczyka w czterech spotkaniach. Zawodnik, który nie zawsze może liczyć na miejsce w podstawowym składzie, ponownie dał Rose’owi argumenty, by częściej korzystać z jego usług. Wygrana 2:0 oznaczała ustanowienie klubowego rekordu. Bournemouth po raz pierwszy w historii wygrało trzy kolejne spotkania Premier League, nie tracąc przy tym ani jednej bramki. Różnica względem początku sezonu jest ogromna. W pierwszych sześciu kolejkach Wisienki straciły trzynaście goli, a w trzech następnych nie dały się pokonać ani razu. Po meczu z Leeds Rose przekonywał, że za poprawą nie stoi żadna wielka zmiana taktyczna. Zwracał uwagę na lepsze zachowanie piłkarzy we własnym polu karnym, pracę nad szczegółami i konsekwentne realizowanie wcześniejszych założeń. Oczywiście trzeba też pamiętać, że zarówno Sunderland, jak i Milan przez większą część spotkań grały w osłabieniu. Nie umniejsza to jednak skali osiągnięcia Bournemouth.
Jeszcze 10 października klub zajmował 18. miejsce w Premier League. Po trzech kolejnych ligowych zwycięstwach awansował na siódmą pozycję z dorobkiem dwunastu punktów. Równocześnie ma komplet dziewięciu oczek w Lidze Europy, a w ćwierćfinale Pucharu Ligi zmierzy się z Liverpoolem. To o tyle ciekawe zestawienie, że we wrześniu właśnie drużyna z Anfield pokonała Bournemouth na Vitality Stadium 1:0. Sześć zwycięstw z bilansem 16:0 robi wrażenie nawet wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę sprzyjające okoliczności niektórych spotkań. Bournemouth w krótkim czasie przeszło drogę od zespołu bez ligowej wygranej do drużyny, która potrafiła kolejno odprawić Milan, Manchester United i Aston Villę. Marco Rose nie musiał przeprowadzać rewolucji kadrowej ani całkowicie zmieniać sposobu gry. Wystarczyły lepsza organizacja defensywy, skuteczność napastników i znacznie większa pewność siebie. Kolejne tygodnie pokażą, na ile trwała okaże się ta poprawa, ale po takim październiku Wisienki mają pełne prawo myśleć o czymś więcej niż tylko utrzymaniu w Premier League.


