Wisła Płock, która niespodziewanie w pierwszej kolejce pokonała Raków Częstochowa (1:2) chciała z pewnością pójść za ciosem i pokonać u siebie Widzew Łódź. Z kolei Widzewiacy po ciekawym, domowym meczu zremisowanym z Motorem Lublin (2:2) pragnęli odnieść premierowe zwycięstwo w sezonie. Jednak ich forma wyjazdowa w ostatnim czasie jest delikatnie mówiąc nie najlepsza. Z kolei Nafciarze pod wodzą Adama Majewskiego to dalej jedna wielka niewiadoma. Biorąc to wszystko pod uwagę w Płocku zapowiadało się spotkanie bez wyraźnego faworyta. Obie ekipy miały co nieco do udowodnienia i było to czuć od pierwszego gwizdka.
Festiwal niewykorzystanych sytuacji bramkowych
Pierwszą połowę zdecydowanie cechowała liczba niewykorzystanych przez obie drużyny, a zwłaszcza przez piłkarzy Widzewa Łódź. Obie ekipy podeszły do tego starcia bardzo odważnie, lecz zapomniały zamieniać tworzone przez siebie akcje na gole. Gospodarze stwarzali przewagę za sprawą licznych kontrataków, wykorzystując wysoko ustawioną obronę gości. Z kolei podopieczni Aleksandara Vukovicia tworzyli zagrożenie przede wszystkim poprzez Mariusz Fornalczyka i Sebastiana Bergiera. Ten pierwszy klasycznie w swoim stylu robił duży „wiatr” na lewej flance i niemal każda akcja musiała przebiegać z jego udziałem.
Z kolei drugi marnował znakomite sytuacje na potęgę. Dochodził do nich bardzo łatwo, lecz jeszcze z większą łatwością je marnował. Rafał Leszczyński za każdym razem okazywał się w tych pojedynkach lepszy. Bergier pod żadnym względem nie przypominał napastnika z poprzedniego sezonu. Wtedy Polak był o wiele bardziej skuteczny. Widzew mógł spokojnie prowadzić przewagę co najmniej dwóch goli. Wisła też miała swoje szanse, lecz to goście wyglądali jako ta przeważająca strona.
Role się nieco odwróciły, a temperatura spotkania spadła
Im dłużej trwała druga połowa to czuć było w powietrzu, że drużyna, która strzeli gola z pewnością wygra całe spotkanie. Mecz nieco się zamknął, a poszukiwanie złotej bramki stawało się ślamazarne. Brakowało chęci z obu stron i czegoś ekstra. Widzew już nie prowadził tak gry i nie kreował tylu sytuacji. Z kolei gospodarze grali cały czas tak samo. Nagminnie „katowali” swoich rywali długimi podaniami za obronę do swojego napastnika – Saida Hamulica. Bośniacki snajper postanowił jednak powtórzyć „wyczyn” swojego rywala z pierwszej części spotkania i również marnował sytuacje na potęgę. Jedyne kto po tym meczu na pewno będzie zadowolony to bramkarze ze swojej postawy. Wstyd dla formacji ofensywnych obu drużyn. Takie marnowanie sytuacji nie przystoi. Tym bardziej takich 100%.
Widzew w drugiej połowie nie przypominał siebie z pierwszej. Można powiedzieć, że drużyna Vukovicia zagrała jak na razie w tym sezonie półtora dobrego meczu. Po przerwie zespół przypominał ten z wiosny poprzedniej kampanii. Brakowało kreatywności, pomysłu i zrobienia czegoś ekstra. Nie da się wygrać spotkania, gdy w całej drugiej połowie oddaje się jeden celny strzał i to w 86. minucie. A Wisła? Grała tak jak potrafiła i na ile przeciwnik pozwalał. Grali głównie z kontrataku i na bazie wykorzystywania wolnych przestrzeni. Jednak gdy miało dochodzić do finalizacji akcji, to na drodze stawali obrońcy Widzewa wraz z Bartłomiejem Drągowskim. Ta formacja akurat u serbskiego szkoleniowca łódzkiego klubu funkcjonuje bardzo dobrze. Mecz niewykorzystanych okazji i braku pomysłu na jego wygranie. Z pewnością nikt nie będzie po takim „spektaklu” zadowolony.



