Lech Poznań ma wszystko, aby sięgnąć po tryplet. Mówią o tym w Poznaniu, mówi się o tym w całej piłkarskiej Polsce. Skład jest mocny jak nigdy, kibice mają oczekiwania wysokie jak nigdy. Z tego może wyjść jedna wielka klapa, ale na razie nikt się tym nie przejmuje. W uszach gra już hymn Ligi Mistrzów, a życzenie z oprawy kibiców w meczu z Crveną zvezdą sprzed roku – „Reach the stars” czyli „sięgnąć gwiazd” – jest niebezpiecznie blisko spełnienia się.
Po finiszu sezonu 2025/2026 Lech Poznań przedstawiany był przede wszystkim jako najsłabszy mistrz Polski ostatnich lat. Wszystko ze względu na średnie punktowe i porównania do reszty stawki. Prawdę mówiąc było to tylko szukanie dziury w całym i próba udowodnienia na siłę, że Kolejorz to słaba drużyna. A było wręcz przeciwnie. Gdy zespół Nielsa Frederiksena ubierał wyjściowy garnitur, to na parkiecie zwanym PKO BP Ekstraklasą był nie do pokonania. Grał pięknie, z polotem i finezją. Oglądanie meczów z jego udziałem było samą przyjemnością. Nawet gdy nie wygrywał, to dlatego, że nie potrafił swojej gry przekuć na zdobywanie bramek. Umniejszanie jego dokonaniom było spowodowane strachem. Strachem przed tym, że Lech Poznań będzie jeszcze mocniejszy i zdominuje ligę. Taki scenariusz ma rację bytu.
Lech Poznań mocny jak nigdy
Zacznijmy od teorii i paru liczb. Lech Poznań w tym momencie ma najbardziej wartościową kadrę w naszej lidze. Nie ulega to wątpliwości. Nad drugim w zestawieniu Widzewem Łódź ma przewagę prawie 18 milionów euro. Trzeci Raków Częstochowa ma kadrę wartą mniej o 24 miliony, a wycena Legii Warszawa jest ponad trzykrotnie niższa. To naprawdę ogromna przewaga nad resztą stawki, która powinna się uwidaczniać w lidze. Średnio piłkarz Poznaniaków jest warty 1,94 miliona euro – pół miliona więcej od drugiego Widzewa Łódź. Najdroższy piłkarz ligi to oczywiście wyceniany na 10 milionów euro Wojciech Mońka. W czołowej dziesiątce najwyżej wycenianych zawodników jest czterech Lechitów – Kozubal (3. – 6 milionów euro), Gurgul (ex-aequo z Karolem Świderskim 5. miejsce – 4,5 miliona euro) oraz Luis Palma (4 miliony euro).
Patrząc na te liczby, można stwierdzić, że Lech Poznań odjechał reszcie stawki. Stwierdzenie Krzysztofa Stanowskiego w kontekście Legii Warszawa – „Będzie w następnych latach uciekać w tempie 20 km/h, a konkurencja będzie gonić 5 km/h. Tyle. Będzie liga szkocka” – samo ciśnie się na usta.
Sytuacja z wartością kadry bardzo szybko może się zmienić, bo już przed sezonem zapowiadane były odejścia Kozubala i Gurgula, jednakże sezon wystartował, a wychowankowie wciąż wychodzą w pierwszym składzie. Póki jest taka możliwość, to Niels Frederiksen powinien cieszyć się, że młodzi piłkarze są dostępni i mogą przyłożyć się do walki o europejskie puchary. Tym właśnie różni się Lech z poprzednich lat od obecnego – stary Kolejorz sprzedałby wszystkich wartościowych piłkarzy i zaczął robić transfery już podczas sezonu.
Transfery nie dość, że jakościowe, to jeszcze na czas
Na Bułgarską nie zajechał tabun zawodników. Pion sportowy postawił na zawodników gotowych do gry na już i nie szczędził grosza. Zaczął od zabezpieczenia pozycji bramkarza. Lech Poznań na zastępstwo dla Bartosza Mrozka załatwił innego wychowanka – Mateusza Lisa. 29-letni piłkarz wraca do Poznania po wielu latach, ale i złapanym doświadczeniu. W poprzednich sezonach był wyróżniającym się golkiperem w tureckiej Süper Lig. Był nawet blisko powołania do kadry. Jego przyjście klepnięte było jeszcze przed końcem sezonu.
Po wykup Luisa Palmy także ruszono bardzo szybko. Długo trwały negocjacje z Celtikiem Glasgow, Poznaniacy próbowali zbijać cenę, ale gdy to się nie udało – po prostu wyłożyli 4 miliony w europejskiej walucie. Honduranin miewał słabsze momenty w poprzednim sezonie i spekulowano, czy jest on godzien bicia rekordu ligi. Postanowiono zaufać skrzydłowemu, który w formie wyglądał na najlepszego piłkarza ligi.
Negocjacje kontraktowe Antonio Milicia nie szły po myśli Lechitów, więc wieloletniemu zawodnikowi po prostu podano rękę. Chorwat trochę przeszarżował i trafił do Wieczystej Kraków, zaś w Poznaniu ruszyli po Terrego Yegbe. Mogący się pochwalić potężnymi warunkami fizycznymi ghański stoper został zakupiony z francuskiego FC Metz za 3 miliony i szybko wkupił się w łaskę kibiców. Wystarczyły dwa świetne mecze w obronie i kapitalny gol z Aarhus GF, żeby na trybunach mówiono „on już jest nasz”.
Cała trójka została ściągnięta na czas i spokojnie przepracowała okres przygotowawczy. Jedynym wzmocnieniem, które nie zaliczyło obozu, jest irański skrzydłowy Allahyar Sayyadmanesh. Tu jednak powodem późnego przybycia były sprawy wizowe, na które przyspieszenie Lech nie miał wpływu. Belgijskie KVC Westerlo dostało od Kolejorza ponad 2,5 miliona euro, a do Poznania trafił ciekawy skrzydłowy będący na małym zakręcie kariery. Na względzie trzeba mieć jednak, że już w historii mieliśmy transfer, kiedy to Lech kupował irańskiego gracza z ligi belgijskiej. Nie chcemy nawet przypominać, jak duży wkład Ali Gholizadeh miał w ostatnie dwa mistrzostwa Polski.
Tryplet się marzy
Próbkę tego, co Lech Poznań może nam zaprezentować w tym sezonie, dostaliśmy już w meczu o Superpuchar Polski i pierwszym spotkaniu eliminacyjnym. Klub piłkarski oczywiście poznaje się po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna. Niemniej jednak zdobycie trofeum na start i zapewnienie sobie awansu do kolejnej fazy eliminacji już w pierwszym meczu to stempel jakości.
Niels Frederiksen dalej wykonuje swoją pracę, drużynę ma poukładaną i gotową wykonywać jego polecenia. Sama praca w takiej ekipie dla Duńczyka także powinna być przyjemnością. Szeroki wybór na praktycznie każdą pozycję daje taki komfort pracy, o jakim inni trenerzy w Ekstraklasie mogą tylko pomarzyć. Kadra jest skrojona pod to, aby sięgać wysoko. Oczywiście trzeci tytuł mistrza Polski z rzędu będzie sukcesem, lecz w Poznaniu nikt tylko tym się nie zadowoli. Wszyscy otwarcie i bez ogródek mówią o Lidze Mistrzów. A Poznaniakom wszystko sprzyja. Rozstawienie sprawia, że droga do elitarnych rozgrywek powinna być łatwa jak nigdy. Po Aarhus GF przyjdzie czas na będące w zasięgu Sabah Baku. Jeśli Lech przejdzie Azerów, to będzie jeden dwumecz od LM. A wszyscy dookoła mówią – jak nie teraz, to nigdy.
Na krajowym podwórku powinni dominować. Każdy z przeciwników ma jakieś swoje problemy. Raków Częstochowa szuka wciąż swojej postpapszunowej tożsamości. Legia Warszawa dopiero jest w budowie, lecz wykonawca szczędzi kasy na materiały, choć kierownika ma z najwyższej półki. Jagiellonia Białystok i Górnik Zabrze latem mocno się osłabiły. Wszystko Lechowi układa się jak w pierwszych miesiącach związku. Miesiące płynące mlekiem i miodem przed nim, ale w Poznaniu muszą też sobie pomóc. Bo balonik oczekiwać napompowany jest do granic możliwości. Są oczywiście powody tych rozdmuchanych nadzieji, jednakże gdy ów balon pęknie – huk będzie ekstremalnie głośny. Kolejorz musi udowodnić całej Polsce i samemu sobie, że poradzi sobie z tą presją.



