W Białymstoku Jagiellonia inaugurowała ligę od starcia z Koroną Kielce. Zespół Jacka Zielińskiego to była przed startem sezonu jedna z ciekawszych drużyn do obserwowania – nowe transfery przeprowadzane z rozmachem sprawiały, że można było mieć spore oczekiwania. I faktycznie, Kielczan się bardzo dobrze oglądało, zaś w poczynaniach Białostoczan widać było brak przede wszystkim Afimico Pululu.
W wyjściowym składzie sobotni mecz zaczął Youssuf Sylla, a nie Nik Prelec. Belg nie okazał się jakościowym zastępstwem – brakowało go pod bramką, nie dawał też zbyt wiele w utrzymaniu piłki podczas budowy ataków. Tak jak w poprzednim sezonie słabo funkcjonowały skrzydła. Występ Kajetana Szmyta i Kamila Jóźwiaka nie był najwyższych lotów. Zagrożenia z ich poczynań żadnego, ale do tego na Podlasiu się już przyzwyczaili.
Zgoła inaczej sytuacja wyglądała u przeciwników. Dawid Błanik sprawiał Norbertowi Wojtuszkowi, lecz tu też – zagrożenie bramki Sławomira Abramowicza było jak na lekarstwo. Najwięcej w grze Korony Kielce brakowało Mariusza Stępińskiego. Napastnik sprawiał wrażenie, jakby nie pasował do obranej przez trenera taktyki. Wiecznie spóźniony, za wolny i nieobecny w polu karnym. Bardzo dobrze funkcjonował za to środek pola. Zgodnie z oczekiwaniami trio Patrik Hellebrand, Tamar Svetlin i Simon Gustafson wprowadzili mnóstwo płynności do gry swojego zespołu. Nie wiem, czy w poprzednim sezonie był mecz, w którym piłka tak sprawnie była wymieniana przez piłkarzy Korony.
Brak najważniejszego – bramek
O samej grze można pisać epopeje, ale nie ma się to nic do tego, że bramkarze byli bezrobotni. Jeśli już jakiś strzał zmierzał w światło bramki, to byle junior by sobie z nim poradził. Za dużo oglądaliśmy walki w środku pola i faz przejściowych, a za mało konkretów. Może inaczej by było, gdyby Stępiński został zdjęty trochę wcześniej. Zdążył w drugiej połowie w przeciągu paru minut nie zamknąć doskonałego dogrania od Błanika, a później nie trafić w piłkę, którą spokojnie można było zamienić na strzał celny.
Po stronie Jagiellonii dopiero wpuszczony Sergio Lozano poszedł po rozum do głowy i postanowił sprawdzić, czy Xavier Dziekoński jest rozgrzany. Golkiper Korony pozostawał czujny, ale to dało pretekst do myślenia, że coś może się na Chorten Arenie wydarzyć. Śladami Hiszpana poszedł też Wojtaszek, ale i tym razem Dziekoński zdołał odbić piłkę. Korona przy pressingu zostawiała ogromne połacie terenu w środku pola, a to działało jak woda na młyn dla gospodarzy. W poczynania wkradało się zmęczenie, a czas płynął nieubłaganie. Rodrigo Conceicao w końcówce przedarł się lewą stroną, Lozano oddał zblokowany strzał, a Dziekoński musiał się szybko zbierać, żeby piłka nie wturlała się do bramki. Jagiellonia poszła za ciosem – znów najwięcej zrobił Lozano, który uderzał dwukrotnie, aż jeden ze strzałów trafił pod nogi Preleca. Słoweniec strzelił gola w debiucie i uruchomił ekstazę na trybunach obiektu przy Słonecznej.



