Republika Zielonego Przylądka rozpoczęła mundial od spełnienia mundialowych marzeń swoich sympatyków! Już po jej pierwszym meczu można śmiało powiedzieć, że na mistrzostwach ma ona co nieco do powiedzenia. Mało tego, jej oporu nie potrafiła zdławić nawet wielka Hiszpania! Pytanie tylko, czy na pewno jest ona aż taka „wielka”, skoro nie potrafi wygrać z ekipą tego pokroju. Zamiast tego zaliczyła kompromitujący remis 0:0, który bynajmniej nie był jedynie dziełem przypadku… O formie obu drużyn, ich wadach i zaletach, a także tempie tego meczu w naszych pomeczowych wnioskach.
1. Sportowe lenistwo
Hiszpania nie poszła śladem Niemców, którzy nieco wcześniej pokonali Curaçao aż 7:1. Kolejny gigant z Europy, mierząc się z następnym egzotycznym uczestnikiem mundialu, nie dokonał niczego równie widowiskowego. La Furia Roja grała na stojąco i bardzo wolno się rozkręcała. Zachowywała się nawet trochę tak, jakby brało udział w spokojnej gierce treningowej. W takich okolicznościach przerwy na nawodnienie, często wyśmiewane i krytykowane na mundialu, były szczególnie absurdalne. Zgodnie z zarządzeniami FIFA pierwsza z nich została zarządzona już po upływie 1/4 meczu. Po takim czasie Hiszpanie nie mieli jednak prawa odczuwać zmęczenia, gdyż po prostu ich występ był zbyt statyczny. Jedyne, na co mogli liczyć po zejściu do linii bocznej boiska, to uwagi od trenera Luisa de la Fuente. Były defensor nie mógł być dumny ze swych podopiecznych, którzy aż do końca bezbramkowo remisowali i nie podejmowali żadnych zdecydowanych kroków prowadzących do zmiany wyniku.
2. Hiszpania z jednym świetnym schematem
Nawet, jeśli Hiszpania potrafi grać o niebo lepiej, to jedna rzecz w ich poczynaniach i tak stała na wybitnym poziomie. Był to schemat rozegrania akcji z wykorzystywaniem Marca Cucurelli, penetrującego lewą część pola karnego oraz jego okolice i czekającego na podania prostopadłe. To rozwiązanie dość proste, ale niemal wszystko w nim jest zwykle dopięte na ostatni guzik. Kadra z Półwyspu Iberyjskiego ma przecież w środku pola paru graczy, którzy potrafią dostrzec ruch swojego partnera i dograć mu w tempo z dokładnością co do milimetra. Z kolei sam Cucurella to zawodnik szybki i mądrze kontrolujący linię spalonego. Te cechy są w jego roli na wagę złota. Na początku spotkania zawodnik Chelsea był dość rzadko dostrzegany przez kolegów i mógł czuć z tego powodu pewną frustrację. Nie poddał się jednak, wciąż wybiegał za linię obrony, a gdy już otrzymywał piłkę, miały miejsce jedne z najlepszych okazji Hiszpanów.
3. W przyszłości może być za mało nawet na remisy…
Niestety był to jeden z niewielu mechanizmów rozegrania, który u faworytów meczu funkcjonował tak poprawnie. Na drugim, prawym skrzydle działo się znacznie mniej interesujących rzeczy. Z kolei w środkowej części placu gry panował ścisk, w którym nie potrafił odnaleźć się Mikel Oyarzabal. Snajper nie był w stanie zniknąć z radarów defensorom i znaleźć wolnej przestrzeni. Kolejnym punktem na liście hiszpańskich niedociągnięć musi być problem ze strzałami z dystansu. Piłkarze z zachodu Europy dość często się na nie decydowali, co przy ich wyszkoleniu technicznym i niskim ustawieniu rywali było dobrym pomysłem. Pomysł to jedno, ale jeszcze ważniejsze jest jego wykonanie i wdrożenie w życie, a to wyraźnie kulało. Wszyscy wykonawcy uderzeń mieli bardzo rozregulowane celowniki i ich strzały pełniły rolę jedynie oddania posiadania przeciwnikom.
Hiszpania dała więc sygnał, że na jej lewe skrzydło trzeba uważać. Pod innymi względami nie była to jednak drużyna, która pokazałaby klasę. Może nie było to efektem braku wyższości nad Republiką Zielonego Przylądka, ale na przykład złego podejścia mentalnego, oszczędzania sił na kolejne starcia czy nieco rezerwowego składu. Ta ostatnia wymówka jest, mówiąc szczerze, mocno bezzasadna, gdyż nawet po wejściu na boisko Mikela Merino czy Lamine’a Yamala bardzo niewiele się zmieniło. Niezależnie od tego, jedna z czołowych drużyn Europy musi jak najszybciej się obudzić, bo taka gra w kolejnych meczach może nie starczyć nawet na remis…
4. Piękny dzień dla Republiki Zielonego Przylądka!
Magią 48-drużynowego mundialu jest to, iż biorą w nim udział zespoły, dla których wielkim osiągnięciem jest już bezbramkowy remis. Nie ma w tym zresztą nic złego, jeśli – tak jak w tym przypadku – jest to remis wywalczony wspaniałą determinacją. Republika Zielonego Przylądka zagrała naprawdę dobrze. Większość z jej reprezentantów prawdopodobnie jeszcze nigdy nie grała w meczu z taką stawką i obsadą, ale nie wyglądali oni na sparaliżowanych stresem. W debiucie na salonach międzynarodowego futbolu poradzili oni sobie po mistrzowsku. Byli naprawdę skoncentrowani w obronie i choć czasem musieli uciekać się do prostych środków, to było to w pełni uzasadnione. Walczyli jak mało kto, przy czym robili to dość czysto, bez wielu brzydkich fauli czy niesportowych zachowań.
Na plus jest też to, że poza głęboką defensywą pamiętali oni o utrzymywaniu się przy piłce i kreowaniu pojedynczych szans. Rzecz jasna rzadko kiedy dorównywali oni w tym Hiszpanom, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o sam fakt wybijania rywali z rytmu i przerywania ich dominacji momentami własnego dochodzenia do głosu. Skutek takiej postawy jest bardzo piękny: 1 punkt na mundialu, w dodatku przeciwko takiej potędze jak Hiszpania, to coś wielkiego. Każdy sympatyk kadry Cabo Verde przed pierwszym gwizdkiem brałby taki wynik w ciemno. Byłoby tak zwłaszcza, jeśli miałby to być wynik w pełni zasłużony, a to trzeba tej afrykańskiej reprezentacji przyznać.

