Warta Poznań nie podołała. ŁKS podbił Ogródek po długim oblężeniu

Warta Poznań w tym sezonie dobrze czuła się na swoim stadionie. Ogródek w trzech ostatnich meczach był jej opoką, gdy ze starć wychodziła niezwycięzona. Długo wydawało się, że i ŁKS Łódź nie zdoła pokonać jej na obcym terenie, choć przez całe spotkanie mocno do tego dążył. W niegroźnej sytuacji w końcówce zdołał jednak ugryźć Poznaniaków.

W zeszłym sezonie Zieloni mieli już okazję mierzyć się z ŁKS-em, a konkretnie jego rezerwami. Wtedy w obu meczach padły remisy: kolejno bezbramkowy w Łodzi i 2:2 w Ogródku. Oba starcia były wyrównane i tak też układało się dzisiejsze spotkanie pod względem wyniku.

Z łódzkiej chmury mały deszcz

Do przerwy bowiem nie padły żadne gole, choć powinny, a to za sprawą Łodzian. W Ogródku czuli się jak u siebie, tłamsząc przez pierwsze 20 minut przeciwnika, by w pozostałej części pierwszej połowy kontrolować przebieg gry poprzez dobrą organizację i dominację w pojedynkach fizycznych. Spójnie realizowali swój pomysł na napoczęcie rywala, najczęściej kierując akcje do bocznych sektorów i dośrodkowując w szesnastkę gospodarzy. Ci nienajlepiej radzili sobie z górnymi piłkami, które doprowadzały do chaosu w ich szeregach. Nie do upilnowania wydawał się również Andreu Arasa.

Bolączką było jednak wykończenie, zwłaszcza Lenarda Szczygła. 18-latek regularnie zagrażał Warciarzom, lecz nie mógł wstrzelić się w światło bramki. Prawie trafił w 16. minucie, kiedy obił słupek, który uchronił Leo Przybylaka przed wyjmowaniem piłki z bramki. Z kolei w 42. minucie Szczygieł niemal przelobował golkipera, ale ponownie zabrakło mu precyzji.

Niech o słabości Warty świadczy fakt, że pomimo 58% posiadania piłki oddała zaledwie jeden strzał w postaci wstrzelenia z rzutu wolnego w wykonaniu Marcela Stefaniaka. Fazy przejściowe rzadko jej wychodziły. Kiedy od połowy rywalizacji przyjezdni nieco się wycofali, ataki pozycyjne rozgrywała w zbyt wolnym tempie. Najwięcej szumu zrobił swoim sprintem Patryk Kusztal, próbując dograć w pole karne do ekspresowo wbiegającego Jakuba Apolinarskiego. Uprzedził go natomiast Damian Węglarz.

Warta Poznań ukąszona w końcówce

Zmiana połów przyniosła ponowne uaktywnienie się Łodzian. Poznaniacy musieli zewrzeć szyki i zachowywać koncentrację, gdy przeciwnik dokręcał im śrubę. Dalej przegrywali walkę o środek pola. W 54. minucie trener Maciej Tokarczyk wprowadził więc Filipa Rejczyka w miejsce słabo spisującego się Karola Łysiaka. Ponadto wzmocnił lewą stronę, zmieniając Dmytro Avdeievem Karola Kalatę. Rotacje pomogły Zielonym, którzy zdołali nieco odrzucić przyjezdnych. Nadal natomiast głównie biegali za piłką.

W gruncie rzeczy Warta była bezzębna. Około 60. minuty zaczęły się pojawiać pierwsze ciekawsze akcje, ciężar na siebie wziął w nich Mateusz Stanek. Z czasem robiło się też coraz więcej przestrzeni, co gospodarze wykorzystywali, sunąc z szybkimi atakami. Przede wszystkim to jednak stałe fragmenty gry umożliwiały im na konkretniejsze zaznaczenie się pod bramką Węglarza. Choć obraz starcia w ten sposób się wyrównał, to dalej z groźniejszych pozycji uderzali piłkarze ŁKS-u. Dwukrotnie to Igor Strzałek pozostawił niedosyt po swoich dwóch próbach. Z kolei po urwaniu się poznańskiej defensywie zawiódł Arasa.

Chwilę przed okazją Hiszpana to Zieloni przeprowadzili najlepszą w swoim wykonaniu akcję w tym meczu. Uruchomiony na flance został Apolinarski. Wahadłowy miał przed sobą tylko bramkarza, ale przegrał z nim pojedynek. I biorąc pod uwagę kiepską dyspozycję ofensyw obu ekip, zaczęliśmy powoli zakładać, że padnie remis. Tymczasem w kompletnie niespodziewanym momencie swego dopięli goście. Julian Keiblinger ponowił akcję centrą, która w pierwsze tempo wydawała się kompetnie nieudana. Do tak zwanej świecy nieoczekiwanie dopadł Dominik Sokół, czym uprzedził Przybylaka i wyprowadził ekipę na prowadzenie. To był gol na wagę zwycięstwa, bo Warta nie zdołala się podnieść po ciosie.

Warta Poznań – ŁKS Łódź 0:1 (Sokół 85′)

Podobne

AUTOPROMOCJA Masz dziecko w wieku 7–18 lat? Sprawdź bezpłatną grę edukacyjną Misja: Bezpieczni →