AC Milan chciał zachować miano niepokonanego zespołu w tym sezonie Serie A. Rossoneri podejmowali na wyjeździe Sassuolo, które szybko staje się ulubieńcem kibiców Serie A. Zespół pod wodzą Alberto Aquilaniego rozpoczął sezon w efektownym stylu. W każdym z pięciu ligowych meczów tej drużyny obie ekipy strzelały gole. Ofensywne podejście zdecydowanie przynosi Sassuolo korzyści na Mapei Stadium, gdzie wygrało osiem z ostatnich 11 domowych spotkań ligowych, w tym tegoroczne mecze z Juventusem i Torino. Te zwycięstwa pokazują, że Sassuolo u siebie jest bardzo niewygodnym rywalem. Milan też ma być z czego dumny na początku sezonu. Odkąd Ruben Amorim objął zespół, ten nie zaznał ligowej porażki. Obie ekipy miały zatem o co grać.
Mecz walki i braku konkretów
Wspomniane dobre wejście w sezon, zwłaszcza w meczach domowych, ewidentnie wskazywało, że nie będzie to spokojny mecz dla drużyny prowadzonej przez Rubena Amorima. Rossoneri od samego początku nie mieli łatwego życia z piłkarzami Sassuolo. Gospodarze od pierwszych minut wyglądali na wybieganych, gotowych do wysokiego pressingu i maksymalnego utrudniania życia swoim rywalom. Dodatkowo bardzo dobrze wyglądali z piłką, a pomysłem na konstruowanie akcji był klasyczny atak pozycyjny. Milaniści nie potrafili sobie zbytnio poradzić z dobrze poukładaną drużyną Sassuolo. Momentami nie wyglądało to jak spotkanie zespołów, z których jeden walczy o czołowe lokaty, a drugi co najwyżej o bycie ligowym średniakiem.
Brakowało konkretów z obu stron. Dominowały brutalne faule, wybijanie z rytmu i brak pomysłu na skonstruowanie choćby jednej składnej akcji. Nie kleiło się zupełnie nic. Mało było piłki w piłce, a im dalej w las, tym mecz stawał się coraz brzydszy i mniej atrakcyjny. Niespecjalnie można chyba nawet mówić o klasycznym catenaccio. Po prostu wyglądało to tak, jakby nikomu nie chciało się grać. Jedyne, co próbowali osiągnąć piłkarze, to wybijanie przeciwników z rytmu poprzez częste faule. Tak to chyba nie powinno wyglądać. Obrzydliwa pierwsza połowa, w której na pierwsze celne strzały trzeba było czekać aż do 43. minuty. Końcówka należała jednak do Milanu i dała trochę optymizmu przed drugą częścią spotkania.
Jak ruszyło, to na dobre
Druga połowa od samego początku wyglądała już zdecydowanie inaczej, a przede wszystkim lepiej. Dużo dała zmiana w przerwie i wprowadzenie na boisko Luki Modricia. Doświadczony Chorwat wprowadził spokój w środku pola i większą kreatywność w atakach. Milan z minuty na minutę coraz bardziej nacierał, aż w końcu dopiął swego. W 63. minucie podanie wspomnianego Chorwata na gola zamienił Adrien Rabiot. Rossoneri wyszli na prowadzenie jak najbardziej zasłużenie. Nie nacieszyli się nim jednak zbyt długo. Pięć minut później gapiostwo obrony gości wykorzystał Cas Odenthal. Gospodarze po straconym golu wzięli się do roboty i przypomnieli sobie, że bardzo lubią grać na swoim stadionie. Ponownie zaczęli uprzykrzać życie swoim rywalom.
Po wyrównującym golu spotkanie przybrało dobrze znany schemat. Drużyna lepsza na papierze, mająca lepszych piłkarzy, dążyła do strzelenia zwycięskiej bramki. Rossoneri naciskali coraz mocniej, sprawiając, że piłkarze Sassuolo momentami nie byli w stanie wyjść spod własnego pola karnego. Grając w tym sezonie z Sassuolo na jego terenie, trzeba jednak pokazać coś więcej niż piłkarze Rubena Amorima w niedzielny wieczór. Milan za kadencji portugalskiego szkoleniowca w lidze jak na razie nie przegrywa, ale też zbytnio nie chce wygrywać. Do trzech zwycięstw dołożył już trzy remisy. Kolejny raz Rossoneri gubią punkty i tracą już cztery do lidera Serie A – Interu Mediolan.


