Rousey vs Carano – walka dwóch legend MMA odbędzie się!

Był taki moment historii sportów walki, gdy zestawienie Ronda Rousey kontra Gina Carano wydawało się nieuniknione. Jedna była symbolem „pierwszej fali” kobiecego MMA — tej, która miała udowodnić, że kobiety mogą nie tylko walczyć, ale też przyciągać widownię. Druga stała się twarzą nowej epoki. Sportowej dominacji, medialnego boomu i pełnego wejścia kobiet do UFC. Gdy Carano była na świeczniku, Rousey dopiero uczyła się, jak przenosić swoją bazę z judo do MMA. Gdy Rousey wynosiła kobiece walki na szczyt globalnej uwagi, Carano była już w innym świecie — filmów, seriali, czerwonych dywanów i kontraktów, które nie mają nic wspólnego z oktagonem. Teraz, historia zatoczyła koło, a obie zawodniczki zmierzą się podczas wydarzenia transmitowanego na żywo na platformie Netflix, które odbędzie się 16 maja 2026 roku w Intuit Dome w Los Angeles. 5 rund po 5 minut, dwie legendy kobiecego MMA.

Najpierw była Gina Carano

Kobiece MMA długo traktowano z dystansem. Do czasu, aż pojawiła się Gina Carano — zawodniczka, która miała coś, czego w tamtej epoce brakowało niemal wszystkim. Rozpoznawalność poza bańką sportu. Carano była widowiskowa w sposób „telewizyjny”. To była zawodniczka, której walki dało się sprzedać w trailerze. Przyciągała uwagę mężczyzn, a jednocześnie wygrywała kolejne pojedynki.

REKLAMA

W tamtych czasach poziom sportowy kobiecego MMA dopiero raczkował. Nie było tylu klubów, tylu sparingpartnerek, tylu zbudowanych systemów przygotowań. Różnice umiejętności między czołówką a resztą bywały ogromne. A mimo to Carano wypełniała lukę. Do czasu. W 2009 roku przyszła walka z Cris Cyborg — brutalna, jednostronna, historyczna. Był to moment, gdy kobiece MMA dostało „poważny” main event, ale jednocześnie moment, który zabrał Carano jej sportowy pęd. Gwiazda została boleśnie rozbita. Gina zamiast klasycznej odbudowy wybrała ścieżkę poza sportem. Hollywood stało się naturalnym kierunkiem — bo była rozpoznawalna, fotogeniczna, medialna i miała już status gwiazdy.

Potem przyszła Ronda Rousey i zmieniła sport

Ronda Rousey nie weszła do MMA po to, żeby „ładnie wyglądać w kamerze”. Ona weszła po to, żeby dominować. I robiła to w sposób, który wyglądał jak cheat code. Rzuty, przejście do parteru, dźwignia na rękę. Największa siła Rousey polegała na prostocie planu A. Dla UFC była czymś więcej niż mistrzynią. Dzięki niej kobiece MMA przestało być „eksperymentem”. Stało się produktem premium. Dywizja kogucia powstała z myślą o niej, a kobiety zaczęły trafiać do największych gal nie jako dodatek, tylko jako główna atrakcja.

I właśnie wtedy superfight z Carano miał największy sens marketingowy. Dwie najbardziej rozpoznawalne twarze. Dwa światy. Dwa style. Dwie historie, które kibice już znali — nawet jeśli nie śledzili każdego eventu. Tyle że w tym samym momencie ta walka była najbardziej nierealna.

Dlaczego nie zawalczyły w najlepszym momencie?

W MMA wiele rzeczy rozbija się o proste fakty. Timing, priorytety i to, czy zawodnik naprawdę „jest jeszcze w tym świecie”. W przypadku Rousey i Carano te elementy nie zagrały razem. W okolicach 2014 roku to sprowadzało się do jednego pytania: czy Gina utrzyma walkę w stójce przez pierwsze 90 sekund? Ronda rozbijała rywalki, aż sama przeżyła to co Carano. Bolesną porażkę, po której sportowo już nigdy nie wróciła. Trafiła do WWE, występowała w filmach, założyła rodzinę.

Starcie Rousey – Carano nie będzie pojedynkiem dwóch zawodniczek w szczycie formy. Tak naprawdę może to być duże sportowe rozczarowanie, bowiem obie od dawna skupiały się na innych wyzwaniach niż MMA. Paradoksalnie, walka ma sprawić, że znów zrobi się o nich głośno, co może przełożyć się na nowe oferty z branży filmowej.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,438FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ