Remis z Czechami symbolem straconego czasu. Michał Probierz musi budować drużynę „na wynik”

Świeżo po losowaniu grup EURO 2024 wydawało nam się, że awans zrobimy grając nawet kadrą młodzieżową. Gdy Czesław Michniewicz zapewniał, że z nim u sterów pojedziemy do Niemiec w Internecie zawrzało od śmiechu, bo przecież „z tej grupy nie da się nie awansować”. Wczorajszym remisem z Czechami (1:1) pogrzebaliśmy jednak nadzieje na bezpośredni awans z grupy. Deską ratunkową pozostają już tylko baraże, do których Michał Probierz będzie teraz przygotowywał zespół.

Michał Probierz zagrał na wynik

Kiedy portal Łączy Nas Piłka opublikował grafikę z wyjściowym składem na mecz z reprezentacją Czech wszystko stało się jasne – będziemy chcieli zdobyć 3 punkty zupełnie nie zważając na efekty wizualne. Michał Probierz próbując ratować eliminacje musiał grać na wynik, co dla kolejnych selekcjonerów naszej reprezentacji jest chlebem powszednim. – Rywal gra bezpośredni, agresywny futbol, bazuje na wrzutkach i wzroście. Pod tym właśnie kątem dobiorę jedenastkę – zapowiadał selekcjoner na przedmeczowej konferencji prasowej. Probierz, podobnie jak Czesław Michniewicz wysyłając powołania na mundial, postawił na piłkarzy bardziej fizycznych niż technicznych. Z powodu choroby nie mógł zagrać dziś Piotr Zieliński, więc tylko z jednym wyrzutem sumienia (posadzeniem na ławce Sebastiana Szymańskiego w znakomitej formie) mógł ustalić skład pod walkę i bieganie.

REKLAMA

Takim oto sposobem trójkę środkowych pomocników tworzyli Bartosz Slisz, Damian Szymański i Jakub Piotrowski. Widząc to zestawienie przed spotkaniem pewnie wielu kibiców pomyślało sobie, że takiej biedy w drugiej linii reprezentacji nie było od dawna. Osobiście najbardziej obawiałem się o to jak zespół będzie wyglądał w posiadaniu piłki. Piotr Zieliński – mimo regularnej krytyki w jego stronę – często jest jednak jedynym zawodnikiem, który zapewnia progresję piłki w ostatnią tercję i oferuje się środkowym obrońcom do gry między liniami.

Druga linia twarzą reprezentacji

Brak Piotra Zielińskiego został jednak całkiem skutecznie zamaskowany przez sposób gry reprezentacji Polski. Michał Probierz postawił na swoją ulubioną filozofię, czyli – mówiąc najkrócej – dośrodkowania. Nasza kadra unikała gry przez środek niemal jak ognia. Stoperzy najczęściej kierowali pilkę w boczne sektory do wahadłowych, którzy przez ustawienie Czechów piątką obrońców często mieli miejsce, aby wprowadzić piłkę. W bocznych sektorach przewagę liczebną starali się stwarzać właśnie środkowi pomocnicy. Ich zadaniem nie było płynne połączenie z napastnikami, a zbieganie w boczne sektory, czy wbieganie w pole karne w drugie tempo przy dośrodkowaniach (jak Piotrowski przy golu). Mapy kontaktów z piłką pomocników najczęściej dotykali piłkę idealnie obrazuje plan Michała Probierza na ten mecz (grafiki poniżej). Żaden pomocnik nie trzymał pozycji. Cała trójka dostała licencję na wspomaganie wahadłowych.

Plan reprezentacji Polski na mecz z Czechami był bardzo prosty i mógł okazać się skuteczny. W pierwszej połowie bardzo dobrze po lewej stronie wyglądał Nicola Zalewski, który napędzał ataki i przede wszystkim imponował dobrymi dośrodkowaniami w „martwą strefę” – obszar pomiędzy bramkarzem, a obrońcami. Z jednego takiego zagrania udało się wyjść na prowadzenie. Nasza kadra nie dała rady jednak utrzymać prowadzenia, a po stracie bramki spotkanie stało się mniej uporządkowane, a bardziej chaotyczne.

TVP Sport w serwisie X

W koncepcji selekcjonera na to spotkanie zabrakło Sebastiana Szymańskiego. Pomocnik Fenerbahce pojawił się na boisku dopiero w 86. minucie, co wydaje się błędem. Choć zamysł z kilogramami i centymetrami w środku można zrozumieć, tak wybieganie i umiejętności Szymańskiego mogłyby zrobić różnicę przy zadaniach, jakie otrzymali środkowi pomocnicy, czyli schodzenie na skrzydła i współpraca z wahadłowymi.

Baraże, czyli ostatnia deska ratunku

Michał Probierz w swoich wypowiedziach próbuje przekonywać, że ma pomysł na tą reprezentację, a zespół ma potencjał i zmierza w dobrą stronę. Wczorajsze spotkanie pokazało, że selekcjoner ma jakiś pomysł na kadrę, jednak jest on bardzo ograniczony i nastawiony na wynik, a co za tym idzie – nierozwojowy. A postęp to przecież coś, czego domagamy się w reprezentacji od czasów Jerzego Brzęczka. Domagamy się – niestety – bezskutecznie.

Mecz z Czechami dla reprezentacji Polski byl symbolem straconego czasu. Oczekiwaliśmy, że eliminacje to będzie okres, w którym wreszcie zmienimy sposób gry na bardziej techniczny, nastawiony na posiadanie piłki i atak pozycyjny. Kiedy Czesi na samym początku eliminacji wygrali z nami 3:1 dominując nas pod kątem fizycznym mogliśmy tłumaczyć to procesem i liczyć, że jak południowi sąsiedzi przyjadą na Stadion Narodowy za kilka miesięcy to pokażemy im techniczną piłkę. Rzeczywistość brutalnie nas zweryfikowała. Wyszliśmy składem nastawionym na walkę, najbardziej kreatywny pomocnik w kadrze meczowej zagrał tylko 10 minut, wskaźnik celności podań wyniósł 80% (nie najgorzej, ale daleko od poziomu, na którym chcielibyśmy być), a jedyne dwie wykreowane szanse podaniami w pole karne to dośrodkowania z rzutu rożnego. Mecz z Czechami, nawet mimo że da się znaleźć w nim pozytywy, był kolejnym smutnym obrazkiem stanu polskiej reprezentacji.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    108,220FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ