Cracovia w poszukiwaniu pierwszego zwycięstwa. Pogoń Szczecin w poszukiwaniu pierwszych punktów. 2. kolejka kończyła się nam starciem dwóch nie pałających do siebie drużyn w dawnej stolicy Polski. Tempo było słabe – co przy panującej aurze wcale nie dziwiło. Raz dobrze przyspieszyli grę Portowcy i dało im to trzy punkty.
Kluczowe w tym spotkaniu były boczne sektory. Pogoń Szczecin upatrzyła sobie szczególnie lewy korytarz, który był strzeżony przez Otara Kakabadze. Gruzin bronił jednak na alibi – Paul Mukairu, a czasem zmieniający się z nim stronami Darko Churlinov nie mieli zbyt wielu problemów, aby wyprowadzać w pole doświadczonego defensora. Po drugiej stronie był Mauro Perković, który także nie radził sobie na boisku zbyt dobrze. Źle obliczał tor lotu piłki, a jego zagrania naznaczone były sporym ryzykiem. Sebastian Madejski zbyt wielu okazji do wykazania się przed przerwą nie miał – raz z dystansu sprawdził go Maciej Wojciechowski – ale po wznowieniu gry od razu skapitulował. Podwojony Kakabadze nie zatrzymał ani Mukairu, ani nabiegającego Leo Borgesa. Brazylijczyk zabrał się z futbolówką, wpadł w pole karne i uderzył w kierunku dalszego słupka. Dynamika tej akcji nie pozostawiła szans na jakąkolwiek interwencję. A skuteczną to już w ogóle.
Cracovia bez tempa i napastnika
Cracovia też odpuściła przedzieranie się środkiem pola. Gra jej się niezbyt kleiła, lecz gdy Ajdin Hasić schodził w boczne sektory, to tam śmiało poczynał sobie z kolegami grając dwójkowe akcje lub wymieniając piłkę po trójkącie. Wspólnicy nie szli mu jednak w sukurs z grą ofensywną. Można nawet stwierdzić, że Kahveh Zahiroleslam to przeszkadzał. Amerykaninowi zdarzyło się zdjąć piłkę z głowy właśnie Bośniakowi, a także marnować sytuacje z – wydawałoby się – bardzo dobre. Ani Kallman, ani Stojilković to to nie jest, o czym kibice wiedzą już od dawna.
Valentin Cojocaru bardzo długo nie musiał schylać się po piłkę do siatki. Raz został zmuszony przez Martina Mincheva. Bułgar jednak nabrał się na zwód Hasicia i za wcześnie ruszył do piłki. Sędzia Łukasz Kuźma po prostu musiał odwołać gola. Z bliska głową próbował też Mateusz Klich, tyle że nie nadał jej kierunku – poleciała prosto w Rumuna.
Czyste konto bramkarz Pogoni zachował do samego końca, natomiast jego kolega w samej końcówce podwyższył na 2:0. Paul Mukairu urwał się obrońcom, dopadł do długiej piłki i zaczęły się czary. Nigeryjczyk ze spokojem minął bramkarza, ułożył sobie piłkę, poczekał na ruch ostatniego rywala stojącego na linii bramkowej i posłał piłkę do bramki zakładając dziurkę. Trzeba przyznać, że pobawił się jak mógł. Po końcowym gwizdku piłkarzy Pasów do szatni odprowadziły gwizdy.



