Minimalistyczny Arsenal. 5 wniosków po 21. kolejce Premier League

21. kolejka Premier League zakończyła świąteczno-noworoczny ligowy maraton. Na następną musimy poczekać tydzień, ale w tym czasie rozegrany zostanie Puchar Anglii, a cztery zespoły wezmą udział dodatkowo w starciach o finał Pucharu Ligi. Dzisiaj jednak podsumowujemy to co działo się od wtorku do czwartku na boiskach Premier League. Gen autodestrukcji West Hamu, Cherki vs Foden, dystans Tottenhamu do czołówki, gole napastników Brentford oraz minimalistyczny Arsenal. Oto tematy, które omawiamy po minionej serii spotkań.

West Ham ma gen autodestrukcji

Wtorkowy mecz, otwierający 21. kolejkę Premier League był dla West Hamu absolutnie kluczowy w walce o utrzymanie. Na London Stadium przyjechało znajdujące się jedną lokatę za nimi Nottingham Forest. Przy zwycięstwie Młoty mogły zmniejszyć stratę do bezpiecznej strefy do zaledwie jednego punktu. Dla gospodarzy mecz dobrze się zaczął – od prowadzenia w 13. minucie – i przez długi czas dobrze się układał. Zespół Nuno Espirito Santo zmusił gości do prowadzenia gry, a sam ustawił się na własnej połowie w niskiej obronie i skutecznie neutralizował zagrożenie ze strony przeciwnika, dbając o to, aby mecz nie przyjął zbyt wysokiego tempa.

REKLAMA

West Ham strzelił nawet bramkę na 2:0, ale po analizie VAR gol został anulowany przez spalony na wcześniejszym etapie kontruowania ataku. Chwilę później było już 1:1, a w końcówce spotkania Nottingham Forest zdobyło zwycięską bramkę. Mimo że Młoty rozgrywały całkiem przyzwoite spotkanie to finalnie zostali z niczym po dwóch golach straconych po stałych fragmentach gry. O ile gol stracony po rzucie rożnym się zdarza, tak przy drugim trafieniu dał o sobie znać gen autodestrukcji, często obecny w zespole w tym sezonie. Alphonse Areola próbując wypiąstkować piłkę dośrodkowaną w pole karne, trafił w głowę przeciwnika i tym samym spowodował rzut karny. West Ham sam rzuca sobie kłody pod nogi w walce o utrzymanie, przez co zmierza prosto do Championship.

Rayan Cherki bardziej zasługuje na grę w podstawowym składzie niż Phil Foden

Manchester City zremisował trzeci mecz z rzędu. W minionej kolejce na własnym stadionie podzielił się punktami z Brighton (1:1), co było kolejnym kosztownym potknięciem w grze o tytuł. Mistrzostwo Anglii ucieka, więc klub reaguje i mówi się, że w styczniowym okienku transferowym będą aktywni. Jedno wzmocnienie jest już przyklepane i kwestią czasu jest jego potwierdzenie. Do Manchesteru City dołączy Antoine Semenyo. To może oznaczać, że Pep Guardiola wróci do ustawienia z naturalnymi, szeroko ustawionymi, skrzydłowymi (tak zagrał z Brighton) w postaci Jeremy’ego Doku po lewej stronie oraz Semenyo po prawej.

Najwięcej do stracenia w kontekście regularnej gry mają więc Phil Foden oraz Rayan Cherki, którzy przy takim scenariuszu będą rywalizować o miejsce w podstawowym składzie na pozycji nr 10. Spotkanie z Brighton pokazało, że na ten moment w znacznie lepszej dyspozycji jest Francuz. Od początku zagrał Foden, który przez 73 minuty nie oddał strzału, nie zanotował kontaktu z piłką w polu karnym i stworzył 2 sytuacje. Za niego na murawę wszedł Cherki, który stworzył 4 szanse, oddał 4 strzały i 12 razy dotykał piłkę w szesnastce przeciwnika, a przy lepszej skuteczności Haalanda miałby asystę. Spędzając na boisku znacznie mniej czasu niż Foden, stworzył o wiele więcej zagrożenia pod bramką przeciwnika od kolegi, którego zmienił. Jeśli Pep Guardiola będzie musiał wybierać tylko jednego z tej dwójki to na więcej minut w nadchodzących tygodniach zasługuje Rayan Cherki.

Tottenham nie posiada prawie żadnych cech, które potrzebują mieć zespoły z czołówki Premier League

W trakcie meczu Tottenhamu z Bournemouth (2:3), naszło nas pytanie: kiedy ostatni raz zespół Thomasa Franka zdominował przeciwnika przynajmniej przez większość spotkania? Naprawdę trudno przypomnieć sobie takie występy Kogutów w tym sezonie. Poza dobrymi stałymi fragmentami gry nie mają żadnej cechy, którą powinna mieć drużyna z czołówki. Nie potrafią płynnie przenosić piłki w strefę ataku, mają trudności z pressingiem rywala i brakuje im kreatywności w ostatniej tercji boiska, a grą bez piłki rzadko dają sobie możliwość tworzenia szans po odbiorach w strefie wysokiej.

To wszystko przekłada się na fatalne statystyki w ofensywie. Strzały, strzały celne, strzały z pola karnego, kontakty z piłką w polu karnym przeciwnika, podania w pole karne, współczynnik goli oczekiwanych (xG) – w każdej z tych klasyfikacji Tottenham znajduje się w ostatniej ćwiartce ligi (w piątce najgorszych zespołów). Thomasa Franka można usprawiedliwiać kontuzjami trzech prawdopodobnie najbardziej kreatywnych piłkarzy (Kulusevski i Maddison od początku sezonu, teraz wypadł jeszcze Kudus) oraz konstrukcją środka pomocy, który nie jest stworzony pod kontrolowanie meczów, jednak i tak powinniśmy oczekiwać od Duńczyka znacznie więcej w wykorzystywaniu ofensywnego potencjału zespołu. Bo jeśli nic się nie zmieni to Tottenham może porzucić nadzieje nie tylko na awans do Ligi Mistrzów, ale jakichkolwiek europejskich pucharów.

Brentford zawsze znajdzie napastnika, który będzie strzelał gole

Na rewelację obecnego sezonu wyrasta Brentford. Zespół, który po poważnych stratach w letnim okienku transferowym był typowany do walki o utrzymanie po domowym zwycięstwie z Sunderlandem (3:0) wskoczył na 5. miejsce w tabeli. Indywidualnym bohaterem obecnego sezonu w barwach The Bees jest Igor Thiago, który w środowy wieczór zdobył 15. i 16. gola, stając się tym samym najskuteczniejszym Brazylijczykiem w jednym sezonie Premier League. W pięciu czołowych ligach europejskich przed nim znajdują się jedynie najlepsi snajperzy na świecie – Kylian Mbappe, Harry Kane i lider klasyfikacji strzelców w Anglii, Erling Haaland.

Brentford od dłuższego czasu słynie z posiadania bramkostrzelnych napastników. Ten sezon jest już ósmym z rzędu, gdy w rozgrywkach ligowych ich najlepszy strzelec ma dwucyfrową liczbę goli. Grając jeszcze na poziomie Championship klub potrafił zastąpić Neala Maupaya oraz Olliego Watkinsa i do Premier League wszedł z Ivanem Toneyem na szpicy. Po stracie Anglika (najpierw był on zawieszony za obstawianie zakładów bukmacherskich, a potem odszedł) na pierwszy plan wysuneli się Yoanne Wissa oraz Bryan Mbeumo. W minionym letnim okienku transferowym obaj zawodnicy odeszli, co oznaczało dla zespołu stratę 59% strzelonych goli w poprzednim sezonie Premier League. Na Gtech Community Stadium mieli już jednak następcę. Igor Thiago dołączył do zespołu rok wcześniej, pierwszy sezon zleciał mu na leczeniu kontuzji, ale w tym znów potwierdziło się, że Brentford w sprowadzaniu napastników się nie myli.

Arsenal z Liverpoolem zagrał bardzo minimalistycznie

Na sam koniec 21. kolejki Premier League zaplanowano mecz pomiędzy Arsenalem, a Liverpoolem. Kanonierzy przystępowali więc do tego spotkania ze świadomością, że Manchester City oraz Aston Villa stracili punkty remisując swoje mecze i stanęli przed szansą powiększania przewagi do 8 „oczek”. Nastawienie podopiecznych Mikela Artety w czwartkowy wieczór sugerowało jednak, że grają przede wszystkim o to, aby przewaga nad konkurencją przede wszystkim nie stopniała względem poprzedniej kolejki. Arsenal był w idealnej sytuacji, aby pokonać Liverpool. Mierzył się z zespołem, który w obecnym sezonie jest wyraźnie słabszy niż przed rokiem, na własnym stadionie, a ponadto musi radzić sobie bez Mohameda Salaha oraz dwóch napastników – Hugo Ekitike i Alexandra Isaka. Nic dziwnego, że w przewidywaniach bukmacherów byli wyraźnym faworytem.

REKLAMA

Arsenal uznał jednak, że jeden punkt nie jest złym wynikiem. W pierwszej połowie, gdy Liverpool oddał im inicjatywę ataki pozycyjne przeprowadzali w zachowawczy sposób, z myślą, aby nie narazić się na kontrę, natomiast rozczarowująca i niezrozumiała ich postawa była po przerwie. Liverpool skupił się na bronieniu przez posiadanie piłki, a Arsenal nie podkręcił intensywności, nie wykazywał dużej chęci odzyskania futbolówki i nie ruszał do pressingu. Wyglądał na zespół, któremu bezbramkowy remis odpowiada. Kanonierzy w drugiej połowie – według raportu pomeczowego na portalu Fotmob – mieli tylko 35% posiadania piłki, a wszystkie trzy strzały oddali dopiero w doliczonym czasie gry. Arsenal z Liverpoolem zagrał bardzo minimalistycznie. Jeśli w końcowym rozrachunku zespołowi znów zabraknie kilku „oczek” na koniec sezonu, to będzie pierwszy mecz, do którego będziemy wracać. Bo strata punktów wynikała tutaj nie tylko z występu poniżej oczekiwań, ale także nastawienia, które dla wielu kibiców musiało być niezrozumiałe.

Co jeszcze wydarzyło się w 21. kolejce Premier League?

  • Po zwolnieniu Rubana Amorima tymczasowym trenerem Manchesteru United został Darren Fletcher. Szkot wrócił do ustawienie z czwórką obrońców, ale jego zespół tylko zremisował na wyjeździe z Burnley (2:2).
  • Drugi klub grający aktualnie pod wodzą tymczasowego trenera, czyli Chelsea przegrała z Fulham (1:2), grając w dziesiątkę od 22. minuty po czerwonej kartce dla Cucurelli. W następnym meczu The Blues poprowadzi już nowy szkoleniowiec, Liam Rosenior.
  • Świadkami szalonego meczu byli kibice na St. James’ Park. Leeds zakończyło serię siedmiu meczów bez porażki tracąc dwa gole w doliczonym czasie gry przeciwko Newcastle (3:4).
  • Wolves zdobyło punkty już w trzecim spotkaniu ligowym z rzędu. Na Hill Dickinson Stadium zremisowali z Evertonem (1:1), a zespól Davida Moyesa kończył mecz w dziewiątkę po czerwonych kartkach dla Michaela Keane’a oraz Jacka Grealisha.
  • Oliver Glasner ciągle ma patent na Unaia Emery’ego. To było siódme starcie Austriaka z Hiszpanem i drugi remis (Crystal Palace u siebie bezbramkowo zremisowało z Aston Villą). Resztę meczów natomiast wygrał Glasner.
SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    143,370FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ