Potrzebny był w stolicy Wielkopolski taki wieczór po bolesnej porażce z Bayerem Leverkusen. Lech Poznań po raz kolejny pokazał, że jeśli trafi na rywala z problemami, to nie zawaha się wykorzystać jego słabości. Korona Kielce w ostatnim czasie przecież nie zachwycała, raczej marnując potencjał kadrowy. Fakt przegranej w Poznaniu nie byłby tak rozczarowywujący, gdyby nie wynik. Klęska 1:5 znacznie podważa słuszność trzymania Jacka Zielińskiego jako trenera Scyzoryków.
Chyba piłkarze z Poznania wyszli na boisko z mocnym postanowieniem poprawy za porażkę z Bayerem Leverkusen, bo wbijanie bramek gościom rozpoczęli błyskawicznie. Pablo Rodriguez przepchnął Michaela Ameyaw i przedarł się przez środek pola, po czym zacentrował z głębi boiska. Na dogranie czekał już Patrik Walemark, który z pierwszej piłki trafił w samo okienko. A gdy raptem Lechici rozpoczęli pierwszą akcję po bramce, zaraz zrobiło się 2:0. Joel Pereira podał do wbiegającego w szesnastkę Rodrigueza. Hiszpan uderzeniem po ziemi pokonał Xaviera Dziekońskiego.
Różnica klas
Lech Poznań po prostu włączył tryb ,,gigant”. Kontrolował przebieg spotkania, może i pozwalając dość często Scyzorykom wąchać piłkę, ale trzymając ich jednocześnie na dystans. Dwoma ciosami ułożył sobie mecz, by następnie jeszcze podwyższyć przewagę. Stało się to, kiedy Walemark włączył turbo, wyprzedził Marcela Pięczka i podał do Rodrigueza. Pomocnik nie miał miejsca na strzał, ale dzięki próbie przekładanki szczęśliwie zgrał piłkę do Mikaela Ishaka, który wreszcie się przełamał, by wykonać wyrok.
Przyjazd na teren mistrza Polski nigdy nie jest łatwy, ale Korona Kielce kompletnie na nim przepadła. Lepszych momentów było w jej wykonaniu jak na lekarstwo. Na drodze stawali albo Mateusz Skrzypczak z Terrym Yegbe, którzy poprawnie strzegli pola karnego, albo Mateusz Lis. Bramkarz wykazał się przy strzale Mariusza Stępińskiego z bliskiej odległości oraz przy huknięciu Martina Remacle’a z dystansu. I właściwie to tyle w wykonaniu przyjezdnych. Na domiar złego w 29. minucie Ondrej Lingr został zniesiony z boiska na noszach. Czech mocno ucierpiał po groźnym zderzeniu z Radosławem Murawskim. Życzymy zdrowia zawodnikowi Korony.
Tuż przed przerwą kolejny raz skarcił mizernych Kielczan. Zrobił to fantastycznie dysponowany Rodriguez, który po dobrym wklejeniu się w linię spalonego wystartował do podania na wolne pole. Hiszpański pomocnik wpadł w pole karne, a następnie podwyższył wynik na 4:0, uderzywszy na dalszy słupek. Wcześniej dublet powinien ustrzelić Ishak, ale kapitan Kolejorza posłał piłkę w trybuny po petardzie z woleja. W tej sytuacji jednak miał sporo miejsca i czasu, więc wykończenie powinno być lepsze.
Korona Kielce zdołała zachować honor
Na drugie 45 minut Poznaniacy wyraźnie wyszli już z zamiarem właściwego zarządzania prowadzeniem. Przez to rywale mieli nieco więcej do powiedzenia, więc podwyższach notę pomeczową mógł Lis. Bramkarz najpierw popisał się refleksem na linii po szansie Stępińskiego, a potem na przedpolu, gdy powstrzymał Wiktora Długosza. Natomiast to też nie tak, że gospodarze w ogóle odpuścili sobie ambitniejszą grę, co udowodnili po wciśnięciu rywalom piątej bramki. Jakby od niechcenia wyporowadził prostego. Rodriguez podał prostopadle do Ishaka, zagrania nie zdołał przeciąć Slobodan Rubezić i Szwed mógł się skupić jedynie na pokonaniu bramkarza.
Dopiero wtedy Korona była w stanie odpowiedzieć konkretem w postaci bramki honorowej. Całkiem ładnej bramki honorowej. Na strzał sprzed pola karnego zdecydował się bowiem Camilo Mena. Jego uderzenie poszybowało wprost między słupki. Natomiast to jedyny pozytywny akcent dla Kielczan w tym meczu. Choć Lech wprowadził w 58. minucie Huberta Janyszkę, Gustava Berggrena i Daniela Hakansa, dając odpocząć liderom, to kontrolował rywalizację z piłką przy nodze.
Kolejorz przez ostatnie 30 minut właściwie się bawił. Nie pozwalał napędzić się podłamanym przyjezdnym. Ci mieli zrywy po kontratakach, ale nieliczne i niezbyt groźne. Byli bezradni, co nie dziwi, gdy przyjmujesz tyle bramek. A w samej końcówce stracili następnego, ostatniego gola. Gości dobił Yannick Agnero, który wykonał typowego tap-ina.


