Jeszcze tydzień temu RB Lipsk rozbijał Eintracht Frankfurt 6:0, a teraz sam przekonał się, jak to jest przyjąć sześć bramek. Bayern Monachium wygrał 6:1 i szybko odpowiedział na ostatnie potknięcia z Augsburgiem oraz Vikingiem Stavanger. Bohaterem spotkania został Luis Díaz, który zdobył trzy bramki i zaliczył asystę. Kolumbijczyk sprawiał defensywie Lipska takie problemy, że momentami można było odnieść wrażenie, iż obrońcy gości najchętniej zeszliby już do szatni. Bayern wrócił na pierwsze miejsce w Bundeslidze, a przed środowym meczem z Arsenalem pokazał, że ofensywa nadal jest jego największą siłą.
Bayern szybko znalazł sposób na Lipsk
Początek spotkania wcale nie zapowiadał takiego pogromu. Lipsk próbował wysoko atakować rywali i przez kilka minut całkiem nieźle radził sobie z utrzymywaniem piłki na połowie Bayernu. Tyle że gospodarze potrzebowali jednej dobrej akcji, żeby pokazać różnicę jakości. W 12. minucie Joshua Kimmich świetnym podaniem uruchomił Luisa Díaza, który uciekł Lukasowi Klostermannowi i pokonał Maartena Vandevoordta. Defensor Lipska miał tego wieczoru sporo problemów z Kolumbijczykiem i już przy pierwszym golu było widać, że nie nadąża za jego szybkością. Bayern coraz częściej odbierał piłkę wysoko i praktycznie nie pozwalał gościom wyjść z własnej połowy. W 26. minucie Díaz tym razem wystąpił w roli asystenta. Po długim podaniu Harry’ego Kane’a przedarł się lewą stroną i wyłożył futbolówkę Aleksandarowi Pavloviciowi, który nie miał problemów z podwyższeniem prowadzenia. Osiem minut później Kane ponownie pokazał, że nie musi sam strzelać, żeby mieć ogromny wpływ na grę Bayernu. Anglik obsłużył Michaela Olise, a Francuz strzałem z okolic pola karnego zrobił 3:0.
Lipsk wyglądał coraz gorzej. Goście nie potrafili poradzić sobie z przemieszczającymi się między liniami zawodnikami Bayernu, a gdy próbowali wyprowadzać piłkę krótkimi podaniami, bardzo szybko ją tracili. Martin Demichelis miał powody do zdenerwowania, bo jego zespół kilka dni wcześniej potrafił ograć PSV Eindhoven w Lidze Mistrzów, a teraz sprawiał wrażenie kompletnie bezradnego. Do przerwy było 3:0, choć Maarten Vandevoordt kilkoma interwencjami uchronił gości przed jeszcze większymi stratami.
Luis Díaz robił, co chciał
Demichelis dokonał w przerwie dwóch zmian, ale na niewiele się to zdało. Minęły niespełna dwie minuty drugiej połowy i Bayern prowadził już 4:0. Gospodarze przejęli piłkę na połowie rywala, Kane podał do Díaza, a Kolumbijczyk spokojnie przymierzył w dalszy róg. Klostermann znowu nie był w stanie skutecznie interweniować. Chwilę później na listę strzelców wpisał się sam Kane, który wykorzystał podanie Nathaniela Browna i z bliskiej odległości skierował piłkę do bramki. Dla Anglika był to setny występ w Bundeslidze. Zdobył w nich aż 102 gole, co właściwie mówi samo za siebie. Przeciwko Lipskowi dołożył także dwie asysty i już przed upływem godziny gry mógł udać się na ławkę rezerwowych. Vincent Kompany oszczędził również kilku innych podstawowych zawodników, mając na uwadze zbliżające się starcie z Arsenalem.
Na boisku pozostał natomiast Díaz, który najwyraźniej nie zamierzał kończyć meczu z dwoma golami. W 69. minucie po krótko rozegranym rzucie rożnym otrzymał piłkę od Olise, zszedł do środka i mocnym uderzeniem zza pola karnego skompletował hat-tricka. Kolumbijczyk przed sobotnim spotkaniem miał zaledwie jedno ligowe trafienie w obecnym sezonie, więc trudno było wybrać lepszy moment na przełamanie. Lipsk próbował już tylko ograniczyć rozmiary porażki, choć nawet to nie wychodziło najlepiej. Bayern miał jeszcze okazje na kolejne trafienia. Szczególnie blisko był Olise, którego uderzenie z kilku metrów Vandevoordt zdołał odbić na poprzeczkę. Belg stracił sześć bramek, ale trudno zrzucać na niego winę za tak wysoką porażkę. Koledzy z defensywy pozostawiali ofensywnym zawodnikom Bayernu zdecydowanie zbyt dużo miejsca. Honorowego gola dla Lipska zdobył dopiero w doliczonym czasie Andrija Maksimović po podaniu Brajana Grudy.
Bayern Monachium wrócił na fotel lidera
Bawarczycy wygrali 6:1, choć przy lepszej skuteczności mogli jeszcze mocniej upokorzyć rywali. W trzech pierwszych domowych meczach tego sezonu Bundesligi zdobyli już 18 bramek. Wcześniej rozbili Stuttgart 5:1 oraz Union Berlin 7:0, a teraz dorzucili kolejnych sześć trafień. Allianz Arena stała się prawdziwą twierdzą, w której przyjezdni mają problemy nie tylko z punktowaniem, ale nawet z uniknięciem kompromitacji. Bawarski walec (tym razem odpowiednie rozpędzony) wykorzystał bezbramkowy remis Borussii Dortmund z Unionem Berlin i wskoczył na pierwsze miejsce z dorobkiem 14 punktów. W niedzielę wyprzedzić go może jeszcze Freiburg, ale po sobotnim spotkaniu Vincent Kompany ma zdecydowanie mniej powodów do narzekania niż po wyjazdach do Augsburga i Stavanger. W środę jego zespół podejmie Arsenal w Lidze Mistrzów. Zabraknie zawieszonego Michaela Olise, jednak po takim występie Díaza trudno martwić się o brak jakości na skrzydłach. Sugestie, że belgijski szkoleniowiec ma problemy, a jego pozycja w krótkim odstępie czasu mocno osłabło, wydają się przesadzone.


