Justin Gaethje pokonał Ilię Topurię w main evencie gali UFC Freedom 250 i został niekwestionowanym mistrzem kategorii lekkiej. Amerykanin po czterech rundach wygrał przez TKO, ponieważ narożnik „El Matadora” nie zdecydował się wypuścić swojego zawodnika do piątej odsłony. Była to jedna z tych walk, po których sam wynik nie oddaje w pełni tego, co wydarzyło się w oktagonie. Topuria przez długi fragment nie był bezradny, miał swoje momenty, szczególnie w drugiej rundzie, ale z czasem Gaethje zaczął robić to, z czym przez lata był kojarzony — wciągać rywala w wyniszczającą wojnę i zostawiać na nim coraz więcej śladów.
Cała gala miała zresztą bardzo mocne tempo. UFC przygotowało siedem walk, bez klasycznej podbudowy prelimsami, a każda z nich zakończyła się przed czasem. W praktyce oznaczało to wieczór bez kalkulacji na kartach sędziowskich, za to z kilkoma wynikami, które mogą mieć realne znaczenie dla kolejnych zestawień.
Jako pierwsi do klatki weszli Diego Lopes i Steve Garcia. Garcia rozpoczął lepiej, był aktywniejszy, kopał na nogi i sprawiał wrażenie zawodnika, który szybciej odnalazł dystans. Lopes nie wyglądał od razu na kogoś, kto będzie tę walkę kontrolował, ale to u niego było widać większy potencjał do nagłej zmiany tempa. W drugiej rundzie właśnie to zrobiło różnicę. Meksykanin ruszył odważniej, zaczął trafiać mocniejszymi ciosami, a Garcia, który wcześniej punktował dość rozsądnie, nie był już w stanie zatrzymać presji. Lopes dopadł rywala, zamknął go kolejnymi uderzeniami i otworzył galę efektownym zwycięstwem przez KO/TKO w drugiej rundzie. Nie był to występ jednostronny od początku, ale właśnie dlatego wyglądał wiarygodnie — Lopes musiał najpierw znaleźć moment, a dopiero potem skończył robotę.
Następnie Bo Nickal zmierzył się z Kyle’em Daukausem i znów dostaliśmy walkę, która nie potrwała pełnej rundy. Nickal zaczął od tego, czego można było się spodziewać, czyli od zapasów i przeniesienia walki na matę. Daukaus próbował ograniczać przestrzeń, nie dawał mu od razu pełnej swobody z góry, ale przewaga fizyczna i kontrola Nickala były wyraźne. Najciekawsze było jednak to, że rozstrzygnięcie przyszło po akcji w stójce. Nickal trafił kombinacją, posłał rywala na deski i szybko doprowadził do przerwania. To dla niego ważniejsze niż kolejne zwycięstwo po samym przeleżeniu przeciwnika, bo przy takim zapleczu zapaśniczym każda poprawa w uderzeniach sprawia, że rywale mają coraz mniej prostych odpowiedzi.
Niewiele pojedynków, wiele emocji
Trzecia walka przyniosła jeden z bardziej efektownych momentów gali. Mauricio Ruffy pokonał Michaela Chandlera już w pierwszej rundzie po obrotowym kopnięciu i ciosach w parterze. Chandler tradycyjnie próbował wejść w swoje tempo, skracać dystans, szukać chaosu i wymusić wymiany, w których zwykle nawet przyjmując ciosy potrafi oddać czymś bardzo mocnym. Ruffy nie dał się jednak wciągnąć w ten scenariusz. Był szybszy, bardziej cierpliwy i znacznie dokładniejszy. Brazylijczyk nie wyglądał jak zawodnik, który jest pod wrażeniem nazwiska po drugiej stronie oktagonu. Wyczekał moment, trafił efektownym kopnięciem, a kiedy Chandler znalazł się na macie, dobił go bez zbędnego przeciągania. Dla Ruffy’ego to zwycięstwo, które może mocno podnieść jego notowania, dla Chandlera kolejny bolesny sygnał, że samo doświadczenie i gotowość do wojny nie wystarczają, jeśli rywal jest szybszy o jeden ruch.
W wadze ciężkiej Josh Hokit pokonał Derricka Lewisa przez TKO w drugiej rundzie. To była walka, w której Lewis teoretycznie cały czas miał w rękach swój klasyczny argument, czyli pojedynczy cios mogący wywrócić wszystko do góry nogami, ale w praktyce Hokit dość skutecznie odebrał mu możliwość użycia tej broni. Od początku był bardziej ruchliwy, lepiej mieszał płaszczyzny, sprowadzał walkę i męczył Lewisa przy siatce oraz w parterze. „Black Beast” próbował odpowiadać mocnymi zamachowymi ciosami, ale wyglądało to coraz bardziej jak polowanie na jeden moment, który nie nadchodził. Hokit w drugiej rundzie jeszcze mocniej docisnął, trafił serią uderzeń i doprowadził do przerwania. W przypadku Lewisa nie jest to pierwszy wieczór, po którym wraca pytanie o jego miejsce w czołówce, natomiast Hokit dostał zwycięstwo nad rozpoznawalnym nazwiskiem i zrobił to w sposób, który nie zostawia wiele miejsca na dyskusję.
Później swoje zrobił Sean O’Malley, który znokautował Aiemanna Zahabiego w drugiej rundzie. Zahabi wchodził do tej walki z serią zwycięstw, ale od początku miał problem z tym, żeby wejść w swój dystans. O’Malley spokojnie ustawiał go z daleka, trafiał pojedynczymi ciosami, dokładał uderzenia na korpus i nie dawał rywalowi zbyt wielu okazji do rozwinięcia ofensywy. To nie była szalona bijatyka, raczej stopniowe rozmontowywanie przeciwnika, który próbował odpowiadać kopnięciami na nogi, ale nie potrafił zmusić „Sugi” do większej nerwowości. W drugiej rundzie O’Malley trafił czysto, Zahabi się zachwiał, a kolejne uderzenie zakończyło walkę. Amerykanin dostał dokładnie taki występ, jakiego potrzebował — bez kontrowersji, bez przeciągania i z nokautem, który od razu przypomina, dlaczego jego walki nadal mają duży ciężar medialny.
Co-main event miał ogromną stawkę, ponieważ Alex Pereira próbował dopisać do swojej historii pas w trzeciej kategorii wagowej. Problem w tym, że po drugiej stronie stał Ciryl Gane, czyli zawodnik, który w wadze ciężkiej od lat wyróżnia się nie tylko warunkami fizycznymi, ale przede wszystkim mobilnością i technicznym podejściem do stójki. Pereira próbował pracować niskimi kopnięciami i szukać momentu na mocny cios, ale Gane od początku był trudniejszy do namierzenia. Francuz nie wchodził w wymiany, których chciał Brazylijczyk, dobrze poruszał się na nogach i korzystał z szybkości, która w tej kategorii wagowej nadal jest jego bardzo dużym atutem. W drugiej rundzie Gane trafił, zobaczył, że Pereira jest naruszony i nie pozwolił mu odzyskać równowagi. Kolejne ciosy doprowadziły do przerwania, a marzenie Pereiry o trzecim pasie zostało zatrzymane. Gane zdobył tymczasowe mistrzostwo wagi ciężkiej i przy okazji przypomniał, że jego problemem nigdy nie był brak umiejętności, tylko raczej pojedyncze walki, w których nie potrafił ich przełożyć na największy sukces.
Ilia Topuria świętuje
Najwięcej zostanie jednak po main evencie. Ilia Topuria przez pierwsze rundy wcale nie wyglądał jak zawodnik skazany na porażkę. Wchodził mocno, wywierał presję, trafiał kopnięciami i miał bardzo dobry moment w drugiej rundzie, gdy naruszył Justina Gaethje ciosami na korpus, sprowadził walkę do parteru i szukał tam kontroli oraz poddań. Gdyby ktoś zatrzymał obraz tej walki właśnie wtedy, można byłoby uznać, że mistrz zmierza w stronę kolejnego dużego zwycięstwa. Gaethje przetrwał jednak najgorszy fragment, a od trzeciej rundy pojedynek zaczął coraz wyraźniej skręcać w jego stronę.
Amerykanin trafił mocnym prawym, posłał Topurię na deski i od tego momentu twarz mistrza zaczęła wyglądać coraz gorzej. Gaethje bił prościej, skuteczniej i z większą konsekwencją. Nie była to bezmyślna bijatyka, w której liczy się tylko odporność na ciosy. Justin dobrze łapał dystans, trafiał jabem, dokładał kontry i podbródkowe, a każdy kolejny czysty cios pogarszał sytuację Topurii. Największy problem stanowiły oczy. Opuchlizna rosła z rundy na rundę, lekarz sprawdzał stan zawodnika, ale Topuria został jeszcze dopuszczony do czwartej odsłony.
Tam Gaethje dalej robił swoje. Topuria próbował wracać, szukał obaleń i charakterem utrzymywał się w walce, ale coraz trudniej było mówić o realnej kontroli mistrza. To Gaethje dyktował koszt pojedynku. To on zmuszał rywala do przyjmowania kolejnych uderzeń, to on wyglądał na zawodnika, który po kryzysie złapał drugi oddech. Po czwartej rundzie narożnik Topurii nie wypuścił go do dalszej walki. Dla Topurii była to pierwsza porażka w zawodowej karierze. Dla Gaethjego — największy moment w karierze i zwycięstwo, które trudno sprowadzić wyłącznie do „gorszego dnia” rywala. Topuria miał swoje szanse, miał bardzo mocną drugą rundę, ale nie utrzymał tej przewagi. Gaethje przetrwał, odwrócił walkę i rozbił mistrza.
Wyniki UFC Freedom 250
- Diego Lopes pokonał Steve’a Garcię przez KO/TKO w 2. rundzie.
- Bo Nickal pokonał Kyle’a Daukausa przez TKO w 1. rundzie.
- Mauricio Ruffy pokonał Michaela Chandlera przez TKO w 1. rundzie.
- Josh Hokit pokonał Derricka Lewisa przez TKO w 2. rundzie.
- Sean O’Malley pokonał Aiemanna Zahabiego przez KO w 2. rundzie.
- Ciryl Gane pokonał Alexa Pereirę przez TKO w 2. rundzie i zdobył tymczasowy pas wagi ciężkiej.
- Justin Gaethje pokonał Ilię Topurię przez TKO po 4. rundzie i został niekwestionowanym mistrzem kategorii lekkiej.

