Motorowcy przystępowali do spotkania z trzecią drużyną poprzedniego sezonu po bardzo ciekawym, ale zremisowanym meczu w Łodzi (2:2). Podopieczni Mariusza Misiury pokazali się z ciekawej strony i z pewnością chcieli kontynuować taką grę. Z kolei Jagiellonia zaczęła sezon bardzo skromną wygraną z Koroną Kielce (1:0). Goście mają na uwadze fakt, że już od przyszłego tygodnia zaczynają walkę o europejskie puchary. Dlatego nie dziwi włączanie w meczach ligowych. Dodając do tego wciąż nie do końca zidentyfikowaną twarz drużyny trenera Misiury, to w Lublinie zapowiadało się na ciekawe starcie. Takie też kibice Ekstraklasy dostali od samego początku.
Intensywność i chęć do grania
Trzeba przyznać, że spotkanie od samego początku emanowało dużą intensywnością i chęcią do grania z obu stron. Zarówno jedni jak i drudzy chcieli narzucać swoje tempo i z minuty na minutę stwarzając sobie coraz to lepsze okazje bramkowe. Na pochwałę w barwach gospodarzy zasługują skrzydłowi. Fabio Ronaldo i Mbaye Ndiaye robili niesamowity „wiatrak” na swoich stronach, lecz brakowało konkretów. Mało widoczne były dośrodkowania na głowę Karola Czubaka, w efekcie czego gdy miało dochodzić do finalizacji akcji to nie było chętnego do strzelenia gola. Mimo to na pochwałę zasługuje postawa podopiecznych Mariusza Misiury, chociażby za rzuconą rękawicę medalistom mistrzostw Polski.
W tym gąszczu okazji bramkowych i intensywności lepiej odnalazła się jednak Jagiellonia. Znakomicie grę rozprowadzał Sergio Lozano. Dobrze wyglądali skrzydłowi, a człowiek od brudnej roboty jak zawsze był Jesus Imaz. To wszystko dało premierowego gola w tej kolejce jak i w całym meczu. Na listę strzelców w 33. minucie wpisał się Nik Prelec. Słoweński snajper zalicza wyśmienite wejście do zespołu. To jego drugie spotkanie w barwach białostockiego zespołu i drugi gol. Skuteczność godna uwagi i uznania.
Inna i lepsza twarz Motoru
Chwaliłem Motor, że w pierwszej połowie zaprezentował się co najmniej ciekawie i swoim graniem zasłużył nawet na gola. To w drugiej części spotkania podopieczni Mariusza Misiury wyglądali jeszcze lepiej. Pojawiły się dośrodkowania w kierunku Karola Czubaka. Coraz więcej pracy w bramce Jagiellonii z minuty na minutę miał Sławomir Abramowicz. Ewidentnie goście wrzucili niższy bieg, włączyli tryb ekonomiczny z racji zbliżającej się potyczki ze Szkotami w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy. Adrian Siemieniec ewidentnie postanowił, że dwa pierwsze mecze sezonu jego zawodnicy zagrają nieco na „stojaka” i bez większych fajerwerków. Motorowcy dwoili się i troili, lecz nie potrafili wykorzystać swojej szansy.
Jagiellonia w końcówce spotkania pokazywała swoje doświadczenie i wyrachowanie. Goście wiedzieli kiedy i jak przytrzymać dłużej piłkę, przy okazji szukając wolnych przestrzeni na przeprowadzenie szybkiego ataku. Mimo wszystko kontrolowali przebieg meczu i mieli w bramce dobrze dysponowanego Abramowicza. To jednak nie wystarczyło na lublinian, którzy nie chcieli przegrać bez walki. Gospodarze w końcu dopięli swego i w 83. minucie za sprawą Karola Czubaka wyrównali wynik spotkania. Długo się remisem nie nacieszyli, bo już dwie minuty później ponownie na prowadzenie wyszła Jagiellonia za sprawą Sergio Lozano.
Ostatecznie Jagiellonia dopięła swego, a Sergio Lozano jak i Nik Prelec znowu dali coś ekstra od siebie. A co do Motoru to się powtórzę, ale ich gra naprawdę wyglądała dobrze. Na coś więcej po prostu zabrakło doświadczenia, wyrachowania i czegoś innego niż utarty schemat. Na razie w tym zespole za grosz nie widać ręki Mariusza Misiury. Pod żadnym pozorem ten zespół nie wygląda jak ten, który oglądaliśmy pod wodzą tego szkoleniowca w Płocku. Jeżeli taki stan rzeczy się utrzyma w dalszej części sezonu to mecze z udziałem Motoru Lublin na pewno nie będą dostarczać nudy. W piątkowy wieczór porządnie zagrozili tym razem trzeciej drużynie poprzedniego sezonu. Kto wie, co będzie w kolejnych meczach.



