W Szczecinie Legia Warszawa miała wyrównać rachunki za ostatnią kolejkę poprzedniego sezonu. Pogoń straciła bramkę w końcówce, przez co to GKS Katowice gra teraz w eliminacjach do Ligi Konferencji, a nie drużyna Marka Papszuna. Wojskowi na boisku byli wyraźnie lepsi, lecz mieli na ataku broń, która nie dość, że sama jeszcze nie strzelała, to jeszcze przeszkadzała innym. Ta broń to doskonale znany fanom z Warszawy Milena Rajović.
Dokonania napastnika, który przypomnijmy – KOSZTOWAŁ 3 MILIONY EURO – w meczu z Pogonią Szczecin:
- Dwa celne strzały głową, z którymi poradził sobie Valentin Cojocaru
- Trafił do bramki z metra, ale musiał sobie pomóc przy tym ręką
- Stojąc na linii bramkowej dotknął piłkę lecącą do bramki po strzale Łukasza Zjawińskiego, przez co był spalony
- Dobijając strzał na prawię pustą bramkę trafił w Szalaia
Niesamowity był to występ napastnika, o którym przed sezonem powiedziano – Gdyby strzelał, to nikt by nie mówił o jego nieskuteczności. Po meczu w Szczecinie jego nieskuteczność będzie głównym tematem.
Legia lepiej prezentowała się na boisku
Legia Warszawa od samego początku dobrze weszła w mecz i poukładała sobie grę przez co Pogoń Szczecin miała związane ręce. Trójka stoperów i ustawiona przed nimi dwójka pomocników bardzo dobrze blokowała rodzące się ataki Portowców i dominowała w środkowej części boiska. Naturalnym było, że gospodarze będą musieli przenieść ciężar ataków na boki, lecz Musa Juwara i Paul Mukairu wyglądali jak ciała obce.
Pogoń poważniej zagroziła bramce Otto Hindricha raz. Raz, a porządnie. Tor lotu piłki po dośrodkowaniu z prawej strony źle policzył Kamil Piątkowski, dzięki czemu Jean-Pierre Nsame miał okazje uderzyć głową w czystej sytuacji. Strzał dobry – nisko i przy słupku. Rumuński bramkarz wyczuł jednak intencje Kameruńczyka i odbił piłkę. Świetna interwencja, która uratowała Legię przed stratą bramki. Ogólnie jedynym zagrożeniem ze strony gospodarzy był ten osamotniony Nsame, któremu po zmianach próbował pomagać Mats Agger.
Legia Warszawa miała jednak ten problem, że wszystkie jej akcje finalnie trafiały właśnie do nieszczęsnego Rajovicia, który psuł wszystko. Nawet to, czego zepsuć nie mógł. Nikt inny za strzelanie się nie brał, za to Pogoń chciała wykorzystać ten stan rzeczy. Po jednym z błędów Rafała Augustyniaka gorąco zrobiło się pod bramką Wojskowych, ale ani Nsame, ani Mukairu nie dali rady dziubnąć piłki celnie do bramki. Trudno oglądało się te niemrawe poczynania jednych i drugich, żeby na końcu i tak odhaczyć bezbramkowy remis już pierwszego dnia po powrocie PKO BP Ekstraklasy. Już nawet trener Papszun uznał, że tu trzeba szanować ten punkt i na boisku zamiast szukać trzech punktów, to wymienił stopera i wahadłowego. Chciało się już tylko dotrwać do ostatniego gwizdka sędziego Bartosza Frankowskiego. Okazało się jednak, że siedzący na ławce trenerskiej Legii pan to wizjoner. W ostatniej minucie długim wrzutem piłki z autu popisał się Rafał Augustyniak, tam po zamieszaniu uderzał Paweł Wszołek, a dobijał wpuszczony chwilę wcześniej Zoran Arsenić. Piłka przekroczyła linię bramkową, a Legia Warszawa dopisała sobie premierowe w tym sezonie trzy punkty.



