Przed meczem nikt raczej nie liczył na cud, a teraz czuć lekki niedosyt. Choć Lech Poznań przez pierwszą połowę nie istniał w Lizbonie, to w drugiej odsłonie dał się już Benfice we znaki. Oczywiście wynikało to również z tego, że przy prowadzeniu 2:0 Portugalczycy nieco spuścili z tonu, ale dopuszczenie rywala do strzelenia gola kontaktowego i utrata kontroli nad wydarzeniami dobrze o nich nie świadczą.
To był taki mecz dwóch połów. Do przerwy było jasne, kto tu jest faworytem, a kto outsiderem. Kolejorz prezentował się na zawstydzonego, przytłoczonego atmosferą Estadio da Luz. Po zmianie stron zaś Poznaniacy okrzepli i poprawili swoją grę. Remis wcale nie był nierealnym wynikiem.
Różnica była wyraźna
Zaczęło się jednak najgorzej jak tylko mogło. Lech próbował wyjść spod wysokiego pressingu, prawie już osiągnął cel, ale stratę w środkowej strefie zaliczył Yannick Agnero. Portugalczycy błyskawicznie wyprowadzili kontrę. Na lewej stronie przewagę stworzył Andreas Schjelderup, który zagrał w głąb pola karnego. Interweniować próbował Mateusz Lis, ale źle odbił piłkę. Dobił ją (ledwo, bo ledwo, ale z powodzeniem) Rafa Silva.
Takie szybkie ataki to była wizytówka Benfiki. Miała ona dużą łatwość w przechodzeniu do fazy ataku. Błyskawicznie wykorzystywała wolne przestrzenie. Zapamiętać dali się szczególnie wspomniany Schjelderup, który co rusz sprawiał problemy prawej stronie przyjezdnych, oraz napędzający akcje Claudio Echeverri. Zespół z Lizbony korzystał też z przestrzeni za linią obrony przeciwnika. Nie do upilnowania był ruchliwy i waleczny John Duran.
A Lechici właściwie nie istnieli. Szarpać próbował Patrik Walemark, ale powstrzymywano go. Po przeciwnej stronie Daniel Hakans grał bezbarwnie. Yannick Agnero był zaś osamotniony, ale też nie radził sobie tyłem do bramki. Za największą bolączkę trzeba jednak wskazać środek pola. Pomocnicy z Poznania kompletnie dali się zdominować. Przez to dochodziło do wielu strat i wiele akcji gospodarze dusili w zarodku. Takiej niedokładności generalnie można było się spodziewać, ale czasem Lechowi zwyczajnie brakowało chłodnej głowy. Przez to do przerwy oddał zaledwie jeden strzał. Przegrywanie wynikiem zaledwie 0:1 było najniższym wymiarem kary.
Lech Poznań podniósł rękawicę
Drugie 45 minut przyniosło pewną zmianę tendencji. Kolejorz zareagował. Nie grał już tak biernie. Wyszedł jakby z większą pewnością siebie, a na pewno z większym zdecydowaniem. Dzięki temu uszczelnił obronę, a także nieco lepiej utrzymywał się przy piłce, bo udawało rozgrywać w bardziej złożony sposób – oczywiście nie nazwalibyśmy tego tiki-taką, ale różnicę dało się dostrzec gołym okiem. W centrum tego wszystkiego znajdował się Pablo Rodriguez, ciągnący swoich kolegów.
Otwarcie się przyniosło natomiast najpierw negatywny skutek. Gdy na boisku zameldował się Gianluca Prestianni, poznańscy defensorzy musieli mierzyć się z kolejnym diamencikiem portugalskej ekipy. Argentyńczyk poruszał się piekielnie szybko, wyróżniał się techniką i nieprzewidywalnością. O jego wysokich umiejętnościach dryblerskich przekonał się Joel Pereira, który przegrał z nim pojedynek. W efekcie Prestianni wyszedł na pozycję, po czym kopnął na tyle mocno, że posłał piłkę między nogami Lisa i podwyższył rezultat.
Lech jednak nie przygasł, nawet pomimo zejścia Rodrigueza z powodu urazu (ucierpiał bez kontaktu z rywalem, gdy poślizgnął się). W grze pojawili się Luis Palma, Leo Bengtsson oraz Gustav Berggren, a cała drużyna kontynuowała odważne starania. Wysoki pressing w końcu opłacił się, kiedy przewidywalnie podawał Enzo Barrenechea, wracający swoją drogą po kontuzji. Przejęcie zaliczył Bengtsson i gola też zdobył szwedzki skrzydłowy. Anatolij Trubin nie miał szans przy jego huknięciu.
Piłkarze Frederiksena próbowali pójść za ciosem, ale nie potrafili skonkretyzować swoich starań. Jedynie Palma zdobył się na niegroźne w gruncie rzeczy uderzenie. Benfica nieco poigrała z ogniem, by w samej końcówce ponownie przycisnąć. Sudakow wparował w pole karne gospodarzy jak Prestianni. Stojącego przed nim Mateusza Skrzypczaka co prawda nie zezłomował w stylu Argentyńczyka, lecz i tak strzelił między jego nogami. Piłki nie sięgnął Lis. Kolejorz więc przegrał, ale drugą częścią spotkania pozostawił po sobie niezłe wrażenie.


