Tymoteusz Puchacz w ostatnim czasie przeżywa swego rodzaju drugie życie. O reprezentancie Polski jest dość głośno. Przede wszystkim osiąga znakomite wyniki sportowe, błyszcząc ciągle przy tym w mediach. A najważniejsze, że w tym wszystkim pozostaje całkowicie naturalny i normalny. Chciałoby się rzec – fajny chłopak. Szkoda, że za to nie ma nagród. Jednak nie zawsze w karierze piłkarskiej było tak kolorowo. Lewy obrońca musiał się borykać z niemałymi problemami klubowymi i decyzyjnymi. Co się tak naprawdę stało, że Tymoteusz Puchacz się pozbierał i może chodzić z podniesionym czołem?
Szybki rozkwit i obiecująca przyszłość
Kariera Tymoteusza Puchacza taka nieco bardziej poważniejsza zaczęła się w 2013 roku. Jako 13-latek, przeniósł się do prestiżowej Akademii Lecha Poznań. Piłkarsko dorastał we Wronkach obok takich graczy jak chociażby Jan Bednarek. Oficjalnie w pierwszym zespole Kolejorza zadebiutował 7 maja 2017 roku w meczu ligowym przeciwko Bruk-Bet Termalice Nieciecza, wchodząc na boisko w 80. minucie. Gdy wydawało się, że w Lechu zagrzeje miejsce na dłużej, klub miał na swojego perspektywicznego lewego obrońcę inny pomysł. Najpierw trafił na wypożyczenie do Zagłębia Sosnowiec i pomógł drużynie wywalczyć awans do Ekstraklasy. Na najwyższym szczeblu rozegrał w Sosnowcu 2 mecze na początku kolejnego sezonu.
Następnie Lech zdecydował się skrócić jego pobyt w Zagłębiu i przeniósł go do I-ligowego GKS-u Katowice. Rozegrał tam 25 meczów i strzelił 4 bramki, zbierając cenne minuty na pozycji lewego obrońcy/wahadłowego. Po powrocie z wypożyczeń stał się podstawowym zawodnikiem Lecha Poznań pod wodzą Dariusza Żurawia. Pod okiem tego trenera stał się podstawowym obrońcą zespołu. W sezonie 2020/2021 wywalczył z Lechem awans do fazy grupowej Ligi Europy, gdzie zyskał międzynarodowe doświadczenie.
Imponował fizycznością i kondycją. Był momentami „nie do zajechania”, biegając od jednego pola karnego do drugiego. Dynamiczna, ofensywna gra na lewym wahadle przyciągnęła uwagę zachodnich skautów. Łącznie dla Lecha rozegrał 65 meczów ligowych. W Polsce zaczęła się dyskusja, kto skusi się na wciąż perspektywicznego wtedy młodego lewego obrońcę. Wróżono dużą karierą, jednocześnie na nią licząc. W końcu polska piłka nie „produkuje” zbyt dużej liczby piłkarzy na tej pozycji.
Zagraniczne wojaże i zawody
Padło na Niemcy, a dokładniej na Union Berlin. Na pierwszy rzut oka kierunek wydawał się jak najbardziej słuszny. Przejście do Unionu Berlin za 3,5 mln euro miało być przepustką do wielkiego futbolu. Ówczesny trener Urs Fischer stawiał jednak na żelazną defensywę, w której ofensywnie usposobiony „Puszka” nie potrafił się odnaleźć. W Bundeslidze nie rozegrał ani jednego pełnego meczu, a minuty łapał głównie w kwalifikacjach pucharowych. Poważne zderzenie się ze ścianą, jak i z zagraniczną rzeczywistością. Trzeba było szukać czegoś innego i bardziej przemyślanego pod kątem taktycznym i rozwojowym.
Najlepszym niemieckim momentem było wypożyczenie do 1. FC Kaiserslautern w 2. Bundeslidze. Tam odżył – zanotował aż 13 asyst we wszystkich rozgrywkach i sensacyjnie doszedł z klubem do finału Pucharu Niemiec (DFB-Pokal). Kolejny powrót do elity z Holstein Kiel (jesień 2024) znów jednak przyniósł głównie rolę rezerwowego. Puchacz po latach ostro wypowiadał się o swoim pobycie w Niemczech. W wywiadach medialnych nie ukrywał żalu do struktur klubowych, mówiąc wprost o poczuciu oszukania oraz chłodnym, zdystansowanym podejściu tamtejszego środowiska do polskich zawodników.
Jednak zanim wspomniane pobyty w niemieckich klubach to zimą 2022 roku po katastrofie w Berlinie, przeniósł się do Turcji. Choć rozegrał tam tylko 9 spotkań ligowych, stał się częścią historycznej ekipy Trabzonsporu, która po 38 latach przerwy wywalczyła Mistrzostwo Turcji. Kibice w Trabzonie pokochali go za jego ekspresyjny styl bycia. Nie był wiodącą postacią drużyny, nie zagrzał w niej miejsca, ale nikt mu nie odmówi, że nie ma takowego trofea w swojej gablocie.
Rok później pojawił się ateński epizod i to nie byle jaki. Trafił do greckiego giganta – Panathinaikosu Ateny. W Grecji grał regularniej (13 występów) i wywalczył z zespołem wicemistrzostwo kraju, zbierając cenne minuty na gorących greckich stadionach. Umiejętności piłkarskie nie dały mu jednak zagrzać miejsca na dłużej w tak utytułowanym klubie.
Azerska ziemia obiecana
Na początku 2025 roku Puchacz zaliczył krótkie, półroczne wypożyczenie do angielskiego Plymouth Argyle występującego w Championship. Puchacz podkreślał, że gra w Anglii była jego wielkim dziecięcym marzeniem. Łącznie zaliczył 15 występów na zapleczu Premier League. Choć klub ostatecznie nie zdecydował się na jego wykupienie, pobyt na Wyspach Brytyjskich dał mu cenne doświadczenie w niezwykle fizycznej lidze.
Pod koniec letniego okienka transferowego w 2025 roku Puchacz szukał klubu, który zagwarantuje mu regularną grę. Chciał wydostać się z Holstein Kiel. Czuł się oszukany i lekko zniechęcony do zagranicznej piłki, a zwłaszcza tej niemieckiej. Co ciekawe, był już o krok od podpisania kontraktu z GKS-em Katowice, jednak w ostatniej chwili temat upadł. Mówiono też o powrocie do Lecha Poznań. Piłkarz wybrał inaczej i już teraz można śmiało powiedzieć, że była to jego najlepsza sportowa decyzja w życiu.
Przeprowadzka do Azerbejdżanu (początkowo na wypożyczenie w grudniu 2025, wykupiony na stałe w maju 2026) okazała się najlepszą decyzją w jego karierze. W Baku Puchacz stał się absolutną gwiazdą ligi, zdobywając krajowy dublet (Mistrzostwo i Puchar). Obecnie przeżywa swój najlepszy czas w karierze. Gra od deski do deski w fazie ligowej LM (pełne 90 minut z Manchesterem United i Slavią Praga). Ostatnio, 20 października 2026, błysnął asystą w meczu przeciwko Borussii Dortmund. W Baku odnalazł nie tylko formę i stabilizację, ale też spokój w życiu prywatnym ze swoją żoną Oliwą.
Puchacz odnalazł siebie na nowo. Stał się mężczyzną, który chce mierzyć coraz wyżej. Ustabilizował swoje życie prywatne i gra w ciekawym kraju pod kątem piłkarskim. Azerska liga nie jest taką do jakiej każdy polski piłkarz chciałby trafić. Jednak Tymoteusz Puchacz już grał w ligach, do których każdy polski piłkarz chciałby trafić. Tam mu nie poszło. Zatem chciał spróbować czegoś innego. Z pewnością nie spodziewał się, że aż tak dobrze mu będzie szło.
Na sukcesy trzeba zapracować i nie przychodzą one od razu. Kto jak kto, ale Tymoteusz Puchacz przekonał się o tym doskonale. Żyje jak chce i gra najlepiej jak potrafi. Oddaje serce na boisko i w końcu ten cały trud zaowocował. W takim razie dlaczego nie potrafi być czołową postacią w reprezentacji Polski?
Szansa od Paulo Sousy i koniec?
Tymoteusz Puchacz przeszedł przez wszystkie szczeble młodzieżowe reprezentacji Polski. W seniorskiej kadrze zadebiutował w 2021 roku za kadencji Paulo Sousy w towarzyskim meczu z Rosją (1:1). Na Euro 2020 zagrał we wszystkich 3 meczach grupowych (ze Słowacją, Hiszpanią i Szwecją), zbierając zbawienne doświadczenie na lewym wahadle na arenie międzynarodowej, tym razem tej bardziej reprezentacyjnej.
Jednak problemy z regularną grą w Unionie Berlin sprawiły, że Puchacz na dłuższy czas stracił miejsce w kadrze. Udało się do niej dopiero wrócić na wypożyczeniu w Kaiserslautern. Michał Probierz przypomniał sobie o obrońcy. Znalazł się w kadrze na turniej w Niemczech (Euro 2024), pełniąc tam jednak głównie rolę rezerwowego i „dobrego ducha” zespołu. Ostatni mecz pod wodzą Probierza rozegrał w listopadzie tego samego roku. Jak się okazało na następne trzeba było czekać dość długi czas.
Po listopadzie 2024 roku lewy defensor całkowicie zniknął z radarów reprezentacji. Przełom nastąpił dopiero po jego transferze do Sabah Baku i spektakularnym awansie do Ligi Mistrzów. Jesienią 2026 roku otrzymał powołanie na mecze Ligi Narodów od Jana Urbana. Zgrupowania jednak nie może zaliczyć do udanych. Zagrał zaledwie w jednym z czterech spotkań na całym zgrupowaniu. W meczu ze Szwecją dał się ogrywać piłkarzowi Lecha Poznań – Patrikowi Walemarkowi. Możliwe, że Jan Urban w listopadzie nie wykona do niego telefonu. Puchacz ma obecnie na swoim koncie 16 rozegranych meczów w reprezentacji Polski.
Mógł być lewym obrońcą na lata…
Trzeba przyznać, że pobyt Tymoteusza Puchacza w reprezentacji Polski to historia pełna skrajności. Z jednej strony mowa o piłkarzu, który reprezentował Polskę na dwóch turniejach rangi Mistrzostw Europy, z drugiej – przez lata mierzył się z łatką zawodnika przydatnego głównie do „budowania atmosfery” w szatni niż realnego wzmocnienia boiska. Wokół Puchacza w kadrze narosło wiele opinii. Puchacz w wywiadach przyznaje, że dojrzał i odciął się od łatki „futbolowego psychopaty” czy „kadrowego stańczyka”.
Choć na boisku w biało-czerwonych barwach miewał mecze bardzo elektryczne i trudne powroty, jego obecna forma z pucharów europejskich sprawiła, że ponownie stał się realną alternatywą na lewej obronie reprezentacji. Szkoda, że przez te kilka lat od debiutu nie potrafił zagrzać miejsca na lewej stronie obrony na stałe. Z biegiem czasu wydaje się, że jego kariera reprezentacyjna pozostanie jedynie ciekawostką i niewykorzystanym potencjałem.
Jednak kto wie, co przyniesie przyszłość w kontekście kadry. Nie można skreślić Tymoteusza Puchacza już na dobre. Jak sam piłkarz pewnie zobaczył, to powołania przychodziły wtedy, gdy był w formie i miał co najmniej niezłą sytuację klubową. Gdy tego brakowało, to momentami był już piłkarzem zapomnianym. Dlatego jeszcze raz – chwała mu za to, że z tego wszystkiego wyszedł. Ma karierę klubową jaką ma, ale najważniejsze, że robi wszystko po swojemu. Coś już wygrał i na kilku fajnych stadionach zagrał. Pasji do piłki, rozmów i interesowania się wieloma sferami życia odebrać mu nie można.
Sabah Baku to na pewno nie koniec przygód Tymoteusza Puchacza z poważną piłką. Ma dopiero 27 lat, zatem najlepsze lata kariery na dobrą sprawę dopiero przed nim. A to, że nie poszło w meczu ze Szwecją? Jan Urban powiem złośliwie pewnie od nowego roku już o tym zapomni. Nie mam na myśli tutaj niczego związanego z utratą pamięci. Możliwe, że już nie będzie wówczas selekcjonerem reprezentacji Polski. A jak przyjdzie nowy trener to i nowe rozdanie.


