Będące w dobrej formie Atlético Madryt chciało podtrzymać swoją zwycięską serię i poprawić bilans wyjazdowych spotkań La Liga. Po raz pierwszy od grudnia 2024 roku pojawiła się szansa na wygranie trzech meczów w delegacji z rzędu. Rywalem Los Colchoneros był Espanyol, który również potrzebował zwycięstw, aby umocnić się w środku tabeli. Katalończycy w ubiegłym tygodniu stracili szansę na zwiększenie przewagi nad strefą spadkową La Liga, gdy w 93. minucie Málaga doprowadziła do remisu 1:1. Papużki do meczu z ekipą Diego Simeone przystępowały z zaledwie jednym zwycięstwem w siedmiu meczach. Z kolei obecne drugie miejsce Atlético Madryt w La Liga czyniło z zespołu najgroźniejszego rywala Barcelony w walce o tytuł na tym wczesnym etapie sezonu. Podopieczni Simeone byli napędzeni serią pięciu zwycięstw we wszystkich rozgrywkach. Faworyt tego starcia był tylko jeden.
Próba narzucenia swojego rytmu gry
Faworytem starcia było Atlético i od samego początku zawodnicy Diego Simeone dość dobrze to pokazywali. Goście z minuty na minutę sukcesywnie powiększali swoją przewagę, robiąc wszystko, co w ich mocy, by strzelić gola dającego prowadzenie. Jednak Espanyol robił w tym meczu wszystko, by możliwie jak najbardziej utrudnić przyjezdnym z Madrytu dokonanie tej sztuki. Nie było też tak, że podopieczni Manolo Gonzáleza tylko się bronili i zabarykadowali się pod własnym polem karnym. Szukali swoich okazji pod bramką Jana Oblaka, lecz ostatecznie w ich akcjach brakowało wyrachowania i zimnej krwi.
Im dalej w las, tym bardziej widoczna była różnica klas obu zespołów. Atlético zdominowało środek pola i szukało swoich okazji licznymi dośrodkowaniami w pole karne. Brakowało goli i skuteczności. Wydarzenia boiskowe i tworzone akcje uwidoczniały fakt, że Espanyol to obecnie co najwyżej drużyna aspirująca do wejścia do czołowej dziesiątki w tabeli. Z kolei Los Colchoneros to drużyna obecnie walcząca o mistrzostwo Hiszpanii oraz o najwyższe cele nie tylko na krajowym podwórku. Nie było kropki nad „i” oraz bramek, a tego Diego Simeone nie lubi. Pozostało czekać na reakcję w drugiej części spotkania.
Nic nie chciało wpadać…
Aż niemożliwe, jak bardzo nieskuteczne i mało pewne siebie było Atlético w starciu z Espanyolem. W grze było niemal wszystko, a jednocześnie nic. W kluczowych momentach brakowało skuteczności i wyrachowania, z którego znane są te najbardziej klasowe zespoły. Takim w tym meczu nie byli podopieczni Diego Simeone. Nie da się tak grać, jeśli myśli się o walce o mistrzostwo Hiszpanii. Mecz był typowym sprowadzeniem na ziemię kibiców Los Colchoneros. Mianowicie, gdy wydaje się, że drużyna jest na fali i wszystko z meczu na mecz układa się po jej myśli, przychodzi zderzenie z rzeczywistością.
Tym razem padło na z pozoru łatwe wyjazdowe starcie z Espanyolem. Próbowali wszyscy. Giuliano Simeone, Julián Álvarez, Lee Kang-in czy Morten Hjulmand. W grze gości dominowały przeróżne dośrodkowania. Szkoda, że ostatecznie brakowało człowieka, który dołoży głowę i strzeli zwycięskiego gola. Im dalej w las, tym bardziej zaczynały pojawiać się nerwy, a co za tym idzie, błędy. Pojawiało się więcej przestrzeni w środku pola, co sprawiało, że gracze Espanyolu szukali swoich szans w kontratakach. Jak już wspominałem, byli w tym wszystkim mało skuteczni.
Gdyby Atlético grało w tym meczu z lepszą drużyną, to z pewnością za swoją bezsilność w ataku zostałoby skarcone. Gdy wydawało się, że Espanyol swoją grą w obronie zapracował na bezbramkowy remis, w 90. minucie pojawił się Álex Baena. Hiszpan dał Atlético cenne zwycięstwo, które w końcowym rozrachunku sezonu może okazać się bardzo ważne. Jak nie idzie, to trzeba umieć takie mecze przepychać. Zwycięzców się nie sądzi i trzeba iść dalej.


