Jagiellonia Białystok rozpoczęła fazę ligową Ligi Europy od jednego z trudniejszych wyjazdów. Olympiakos na własnym stadionie miał być rywalem, który sprawdzi możliwości zespołu Adriana Siemieńca i wypunktuje jego wszelkie słabości. Białostoczanie od pierwszych minut pokazali jednak, że do Pireusu nie przyjechali wyłącznie bronić dostępu do własnej bramki.
Siemieniec postawił na Sławomira Abramowicza w bramce, przed nim zagrali Norbert Wojtuszek, Bernardo Vital, Apostolos Konstantopoulos i Guilherme Montóia. W środku pola znaleźli się Taras Romanczuk, Anders Klynge i Jesus Imaz, natomiast ofensywne trio stworzyli Rodrigo Conceição, Kajetan Szmyt oraz Nik Prelec. Samo ustawienie sygnalizowało chęć podjęcia rywalizacji.
Pierwsze minuty należały głównie do gospodarzy, którzy częściej utrzymywali się przy piłce i próbowali spychać Jagiellonię pod własne pole karne. Nie przekładało się to jednak na serię dogodnych sytuacji. Polski zespół był dobrze ustawiony, cierpliwie czekał na możliwość szybkiego wyjścia i właśnie w ten sposób zaczął sprawiać Olympiakosowi coraz większe problemy. Goście po pierwszym kwadransie odważniej ruszyli do ofensywy. Najpierw Prelec przedarł się w pole karne i trafił w słupek. Chwilę później bardzo mocno uderzył Imaz, zmuszając Stefana Ortegę do interwencji. Gospodarze nie zdążyli uporządkować gry, gdy Jagiellonia zaatakowała ponownie. Prelec znalazł miejsce w polu karnym i dograł do Kajetana Szmyta, który nie zmarnował okazji. Skrzydłowy huknął pod poprzeczkę i dał Białostoczanom prowadzenie. W ciągu zaledwie kilku minut zespół Siemieńca stworzył trzy sytuacje, z których każda mogła zakończyć się bramką.
Jagiellonia niebezpieczna w ofensywie i niepewna w obronie
Po stracie gola Olympiakos stopniowo odzyskiwał przewagę. Grecy zaczęli mocniej wykorzystywać boczne sektory, a szczególnie niebezpieczni byli po stałych fragmentach gry. Jagiellonia długo radziła sobie z naporem, choć coraz częściej musiała bronić we własnym polu karnym. Wyrównanie przyszło tuż przed przerwą. Po rzucie rożnym gospodarze utrzymali piłkę w polu karnym, Sławomir Abramowicz obronił pierwszą próbę, ale przy dobitce Armando Gonzáleza nie miał już większych szans. Olympiakos doprowadził do remisu 1:1 w 43. minucie, po okresie gry, w którym osiągał coraz większą przewagę. Jagiellonia gubiła się w obronie, błąd w pewnym momencie popełnił także golkiper. Sam mecz mógł się podobać widzom, sporo działo się z obu stron, przy wyższej skuteczności mogło (i powinno) paść więcej niż dwa gole.
Po przerwie Olympiakos częściej prowadził grę, natomiast Jagiellonia szukała swoich okazji przede wszystkim po odbiorach i szybkich przejściach do ataku. Białostoczanie musieli również uważać na coraz większą liczbę dośrodkowań i stałych fragmentów, które w pierwszej połowie sprawiały im najwięcej problemów. Jaga wyglądała jak doświadczony, pewny siebie zespół, by za chwilę w katastrofalny sposób gubić piłkę w okolicy własnego pola karnego. Skala popełnianych błędów była duża i tak naprawdę jedynie nieskuteczności greckiej drużyny można było zawdzięczać korzystny remis. W końcu któryś z tych błędów musiał kosztować Jagiellonię bramkę. Olympiakos nie dominował bezdyskusyjnie, ale dostawał zbyt wiele okazji po prostych stratach gości. Przy takim graniu trudno było liczyć, że Grecy przez cały mecz będą marnować prezenty. W 84. minucie rezerwowy Roman Yaremchuk przechylił szalę zwycięstwa na korzyść gospodarzy.
Jaga pokazała, że może grać z Olympiakosem jak równy z równym, ale sama odebrała sobie szansę na punkty. Dobre fragmenty przeplatała błędami, których na tym poziomie zwyczajnie nie można popełniać.



