Po rozszerzeniu mistrzostw świata do 48 drużyn sporo było głosów, że mecze grupowe będą śledzić jedynie zapaleni kibice. Prawdziwe emocje rozpoczną się dopiero od fazy pucharowej. Więcej zespołów oznacza mniej starć pomiędzy faworytami oraz więcej jednostronnych spotkań na początkowym etapie turnieju. Po dwóch kolejkach fazy grupowej mundial w USA, Kanadzie i Meksyku nie przynosi wielu emocji. Niemniej jednak, problem leży gdzie indziej. Fakt, że do fazy pucharowej przechodzi aż 8 z 12 reprezentacji, które zajmą trzecie miejsce sprawił, że przed ostatnimi meczami grupowymi nie zapowiada się, aby dostarczyły one nam sporo emocji.
Więcej meczów, mniej emocji
Rozszerzony mundial i zmiana formatu turnieju wpisują się w politykę stosowaną od dłuższego czasu przez FIFA i UEFA. Organizacje te chcą, aby meczów było coraz więcej, co oznacza większe dochody. Nie jest w tym nic złego, jednak jednocześnie zmieniają zasady w taki sposób, aby coraz trudniej było odpaść z rozgrywek i najlepsi grali w nich jak najdłużej. Powiększenie mundialu to w zasadzie kopia tego, co stało się z mistrzostwami Europy. Od 2016 roku liczba na drużyn na EURO została zwiększona z 16 do 24 i – podobnie jak teraz na mistrzostwach świata – aż dwie trzecie zespołów z trzecich miejsc awansuje do fazy pucharowej. Aby któryś z faworytów nie wyszedł z grupy na wielkim turnieju, musi wydarzyć się naprawdę duża niespodzianka.
Podobnie wygląda sytuacja w europejskich pucharach po zmianie reformy rozgrywek. UEFA zwiększyła nie tylko liczbę drużyn grających w Lidze Mistrzów, ale też tych, które przechodzą do fazy pucharowej. Obecnie do tego etapu kwalifikują się aż 24 zespoły, co znów potwierdza tezę, że aby któryś z faworytów został wyeliminowany na pierwszym etapie turnieju, musi dojść do sporej sensacji. W tym przypadku jednak UEFA zadbała o to, aby emocje były do samego końca. Fakt, że zrezygnowano z podziału na grupy, wszystkie mecze ostatniej kolejki rozgrywane są w tym samym czasie, a jednocześnie toczy się walka zarówno o pierwsza ósemkę, która gwarantuje bezpośredni awans do 1/8 finału, oraz play-offy zapewnił nam emocje do samego końca.
Mundial bez hitów w fazie grupowej
Rozszerzenie wielkich turniejów reprezentacyjnych jednak nie przyniosło takich efektów. Poprzez zwiększenie liczby drużyn rzeczywiście jest mniej hitów już w fazie grupowej, a więcej spotkań, które kończą się wysokimi zwycięstwami. Na tegorocznym mundialu na najlepsze mecze pierwszego etapu zapowiadały się konfrontacje Brazylii z Marokiem, Anglii z Chorwacją, Francji z Norwegią, Portugalii z Kolumbią czy Hiszpanii z Urugwajem. Nie dość, że takich spotkań jest bardzo mało, to jeszcze ciężko uznać je za rywalizacje pomiędzy głównymi faworytami do końcowego triumfu.
Jednak jeżeli spojrzymy na dwa poprzednie mundiale, takich meczów również nie było wiele. W 2018 roku były to starcia Anglii z Belgią, Hiszpanii z Portugalią czy Argentyny z Chorwacją. Cztery lata później natomiast rywalizacje Niemców z Hiszpanią, Chorwacji z Belgią czy Portugalii z Urugwajem. Na papierze mieliśmy przynajmniej jeden mecz pomiędzy zespołami ze ścisłej światowej czołówki, jednak też nie było ich dużo.
Mundial naznaczony wysokimi zwycięstwami
Kolejną kwestią są jednostronne mecze, które kończą się wysokimi zwycięstwami faworytów. Na trwającym turnieju mieliśmy już trzy zwycięstwa różnicą co najmniej pięciu goli. Niemców wygrali z Curacao 7:1, Kanada z Katarem 6:0 oraz Portugalia z Uzbekistanem 5:0. Do tego można dodać jeszcze zwycięstwo Hiszpanii z Arabią Saudyjską (4:0), kiedy już w pierwszej połowie zapewnili sobie trzy punkty. Z drugiej strony wszystkie te cztery zespoły w drugich meczach zaprezentowały sie znacznie lepiej. Katar, Curacao i Arabia Saudyjska urwały punkty kolejno Szwajcarii, Ekwadorowi i Urugwajowi. Uzbekistan z kolei – mimo porażki 1:3 – przeciwko Kolumbii zaprezentował się znacznie lepiej i postawił trudniejsze warunki.
Mimo wszystko, na dwóch poprzednich mistrzostwach świata również mieliśmy po dwa mecze, które kończyły się zwycięstwami przynajmniej czterema golami. Cztery lata temu Hiszpania pokonała Kostarykę 7:0, a Anglia 6:2 Iran. Co ciekawe, obaj ci przegrani do ostatniej kolejki walczyli o wyjście z grupy. W 2018 roku z kolei Anglia pokonała 6:1 Panamę, a Rosja w meczu otwarcia rozbiła 5:0 Arabię Saudyjską. Na obecnym mundialu takich wyników jest znacznie więcej. Do wcześniejszych meczów należy tutaj dodać porażki Tunezji przeciwko Szwecji (1:5) i Japonii (0:4) oraz zwycięstwo 5:1 Holendrów ze Szwedami. Niemniej jednak, wraz ze wzrostem liczby spotkań można się tego było spodziewać.
Mecze na remis
Pojedyncze mecze mogą dostarczyć nam mnóstwo ciekawych wątków, jednak najwięcej emocji w fazie grupowej zapewnia nam ostatnia kolejka. To, kto awansuje dalej, a kto odpadnie z turnieju wzbudza największą ciekawość. A tak się składa, że w przypadku wielu reprezentacji sytuacja jest niemal rozstrzygnięta lub bardzo prawdopodobna do przewidzenia. W pięciu z 12 grup mamy sytuację, w której druga drużyna mierzy się z trzecią i remis obu zespołom daje gwarancję lub bardzo wysokie prawdopodobieństwo awansu do dalszej fazy mistrzostw. Są to starcia Brazylii ze Szkocją, Australii z Paragwajem, Japonii ze Szwecją, Austrii z Algierią oraz Ghany z Chorwacją. Dla pierwszych wymienionych remis daje pewne drugie miejsce i awans do 1/8 finału. Tym drugim z kolei zapewnia trzecie miejsce i cztery punkty, które prawdopodobnie dadzą awans.
Oczywiście można mieć nadzieję, że Brazylia, Japonia czy Ghana będą chciały powalczyć o pierwszej miejsce czy zespoły z trzeciego o drugie, aby mieć teoretycznie łatwiejszego rywala w 1/8 finału. Z drugiej strony bardzo prawdopodobne jest to żaden z tych zespołów mając korzystny wynik nie będzie chciał się otworzyć i będziemy oglądać zamknięty mecz. Ponadto trenerzy mogą kalkulować czy ich zespołom opłaca się iść na całość. Czy nie lepiej będzie oszczędzić siły zawodników na dalszą fazę turnieju i rozegrać to spotkanie jak najniższym nakładem sił. Przykłady ostatnich zwycięzców Ligi Mistrzów czy medalistów wielkich turniejów pokazały, że nie trzeba błyszczeć w początkowej fazie turnieju. Wyższe miejsce nie zawsze oznacza też łatwiejszą ścieżkę do finału.
Faza grupowa a pucharowa
Czy to jednak rzeczywiście źle, że faworytom coraz trudniej odpaść na początku turnieju? Dla przykładu Portugalia nie wygrałaby EURO 2016, gdyby obowiązywał stary format mistrzostw. Ekipa Fernando Santosa wyszła z grupy z trzeciego miejsca po trzech remisach. Chorwacja na poprzednim mundialu również była blisko odpadnięcia z grupy. Gdyby Belgia w bezpośrednim ich meczu w trzeciej kolejce była skuteczniejsza, to ona zagrałaby w 1/8 finału. W sezonie 2024/25 PSG do ostatniego meczu nie było pewne gry w play-offach Ligi Mistrzów, a mimo to na koniec sięgnęli po końcowy triumf. Przykłady te pokazują, że FIFA czy UEFA mają rację w tym, że faworytów coraz trudniej jest wyeliminować na samym początku. W końcu im więcej mocnych zespołów na dalszym etapie rozgrywek, tym lepiej.
Z drugiej strony, czy gdyby Portugalia odpadła po fazie grupowej EURO byłaby to wielka strata? Na wspomnianym turnieju ciężko uznać ich za najlepszą czy najbardziej widowiskowo grająca drużynę. Zespół Fernando Santosa na całych mistrzostwach z siedmiu meczów wygrał tylko jeden – półfinał z Walią. Inny jest z kolei przypadek PSG, które w fazie ligowej miało problemy, jednak na wiosnę było najlepiej grającym zespołem w Lidze Mistrzów.
Zmiany przeprowadzane przez FIFA oraz UEFA sprawiły, że faworyci nie muszą być w najwyższej formie od początku turnieju. Obecny format sprawia, że na tym etapie rozgrywek dochodzi do mniejszej liczby niespodzianek, jednak neutralnych kibiców pozbawia też emocji. Trwający mundial jest tego najlepszym przykładem.

