Za nami weekend w księstwie Monako. Zazwyczaj z racji tego, że wyścig jest rozgrywany po ulicach tego kraju – nie przynosi wielkich emocji. Jednak tegoroczną edycję zapamiętamy na długie lata. Przez cały weekend działo się dużo. Kimi Antonelli dalej zwycięża i pobija kolejne rekordy. George Russell wciąż gubi punkty. Do Charlesa Leclerca wróciły demony z przeszłości, a Aston Martin zdobył swój pierwszy punkt w obecnym sezonie. Czas to wszystko podsumować!
Rekordy Antonellego
Kimi Antonelli wygrał swój piąty wyścig z rzędu. Dodatkowo jako pierwszy Włoch od 2004 roku zwyciężył w tym jakże prestiżowym wyścigu po ulicach Monako. Jakby tego było mało to 19-latek został najmłodszym zawodnikiem w historii, któremu udało się osiągnąć statystyczny wielki szlem – Pole Position, wygrana, prowadzenie przez cały dystans i najszybsze okrążenie.
Kierowca Mercedesa dzięki braku zdobycia punktów przez George Russella jeszcze bardziej umocnił się na pozycji lidera klasyfikacji mistrzostw świata. Jego przewaga nad drugim Lewisem Hamiltonem wynosi już 66 punktów. Jeżeli dalej będzie utrzymywał takie tempo wygranych oraz po prostu osiągania dobrych wyników to już w połowie sezonu będzie mógł szykować szampany. Włoski kierowca jest w kapitalnej formie. Robi to co do niego należy i zbiera tego owoce.
Uciekające marzenia Russella
W tygodniu media obiegła informacja, że przyszłość George Russella jest zależna od końcowego wyniku tegorocznego sezonu, a przede wszystkim od tego czy zdoła zdobyć mistrzostwo świata. Pisaliśmy o tym [tutaj]. Jego strata miała być sukcesywnie odrabiana, a sam Brytyjczyk mówił, że najgorsze jeśli chodzi o formę powinno już być za nim. Nic bardziej mylnego.
Zespół popełnił błąd i nie pozwolił kierowcy odbyć kary, czego efektem była kolejna kara przejazdu przez aleję serwisową zaraz po restarcie. Russell zakończył wyścig na 13. miejscu, nie zdobywając żadnego punktu. 28-latek nie dość, że pozwolił Antonellemu wygrać kolejny wyścig, to jeszcze stracił na rzecz Lewisa Hamiltona pozycję wicelidera klasyfikacji generalnej. Czas się obudzić póki nie jest za późno. W przeciwnym razie z każdym kolejnym weekendem czarne chmury nad Russellem będą coraz bardziej gęstnieć.
Trzeba szukać zwycięstw, solidnych punktów i ponownie wrócić do walki o mistrzostwo świata. Porażka z tak młodym zawodnikiem jakim obecnie jest Antonelli i to w takim momencie kariery obu kierowców Mercedesa mógłby być jej końcem tego starszego. To Russell miał w tym sezonie zdobywać laury. Do roli lidera zespołu był szykowany od dłuższego czasu i jak na razie zawodzi przede wszystkim samego siebie.
Leclerc oddaje pałeczkę w zespole?
O losach Charlesa Leclerca można pisać wiele. W każdym dobrym małżeństwie dochodzi do kilku kryzysów, które są szybko łagodzone, jednak tych w relacji Leclerc – Ferrari jest zdecydowanie za wiele. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że mimo niekiedy żartów i krytyki fanów, Monakijczykowi to wszystko co spotyka go we włoskiej stajni zdaje się nie przeszkadzać. Nieważne ile awarii się wydarzy, ile razy zespół postawi na kogoś innego to Charles Leclerc jest gotowy na wszystko by tylko zespołowi dobrze się wiodło.
W swoim domowym wyścigu nie dojechał do mety. Jego hamulce odmówiły posłuszeństwa i wjechał w ścianę. Jakby tego było mało to z wyścigu na wyścig coraz lepiej w końcu w barwach Ferrari zaczyna wyglądać Lewis Hamilton. Za Brytyjczykiem wydaje się, że najgorsze już dawno za nim i w końcu zaczyna rozumieć się ze swoim bolidem. Dowozi coraz lepsze wyniki, liczne podia, czego efektem jest awans na pozycję wicelidera klasyfikacji generalnej mistrzostw świata. Czyżby w Ferrari następowała zmiana jeśli chodzi o hierarchię? Nawet jeśli to i tak Charles Leclerc zostanie w zespole na jeszcze długie lata i będzie z siebie zadowolony. Czyż nie?
Hadjar uratował honor Red Bulla
Na początku z wyścigiem w Monako pożegnał się Max Verstappen. Holender nie był w stanie ruszyć swoim autem ze swojego pola startowego. Gdy już udało mu się to zrobić to jedyne co zrobił to zjechał do garażu i wycofał się z wyścigu. Jakby zespół miał mało problemów, to tempo zaczął tracić Issac Hadjar. Francuz jechał bardzo wolno, trzymał za sobą George Russella i nie dał się wyprzedzić. Oczywiście pomógł mu tor w Monako. Z pewnością na innym torze już by dawno został wyprzedzony.
Dalsze losy wyścigu sprawiły, że Francuz potrafił się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Wykorzystał swoją szansę i dowiózł dla Red Bulla cenne podium. Swoje pierwsze dla tego zespołu, a drugie w całej karierze. Zdecydowanie należą mu się słowa uznania, biorąc pod uwagę fakt z jakimi problemami na przestrzeni całego wyścigu borykał się francuski kierowca.
Cenny punkt Astona
Fernando Alonso znakomicie wykorzystał liczne awarie, błędy przeciwników żółte flagi oraz na końcu – karę dla Sergio Pereza. Hiszpan potrafił się w tym wszystkim odnaleźć. 44-latek przekroczył linię mety jako dziesiąty kierowca, zdobywając tym samym cenny, pierwszy punkt dla Astona Martina. Jednak czy jest się z czego cieszyć?
W przyszłości może się okazać, że będzie to punkt dający na koniec sezonu 10. miejsce (nie ostatnie) w klasyfikacji generalnej konstruktów. Biorąc pod uwagę z jakimi problemami borykają się w Astonie Martinie, a ich tempo jest momentami jeszcze gorsze od debiutującego w stawce Cadillaca, to punkt osiągnięty w Monako przez Fernando Alonso może być czymś o czym w zespole będą mówić przez długie lata. Jednak to nie zmienia faktu, że zespół posiadający takie pieniądze, zaplecze w postaci Adriana Neweya i liczne przyszłościowe plany wygląda tak dramatycznie. Jednak na zmiany raczej szybko nie przyjdzie czas. Lepszy rydz niż nic.

