Górnik Zabrze ma za sobą najlepszy sezon od lat. Podopieczni Michala Gašparíka zdobyli w nim wicemistrzostwo kraju i Puchar Polski, na który czekali ponad pół wieku. Kolejnego trofeum do gabloty nie udało się jednak zgarnąć, w Superpucharze triumfował Lech Poznań. Ale i tak Zabrzanie zostawili po sobie bardzo dobre wrażenie po wyjazdowym meczu z Fenerbahçe. Teraz zaczęli walkę w PKO BP Ekstraklasie, gdzie w tym roku apetyty są wyjątkowo wyostrzone. Na inaugurację na Roosevelta przyjechał beniaminek, Śląsk Wrocław. To właśnie na tym stadionie w maju 2025 roku Wrocławianie dowiedzieli się, że nie zagrają po wakacjach w Ekstraklasie. Szybko się ostrząsnęli z tej klęski i po roku wrócili do elity. Teraz chcą znowu zadomowić się na dłużej, choć o to łatwo nie będzie.
Powrót Śląska z przytupem
Ale się człowiek stęsknił za Ekstraklasą… O ile wakacje dla niej się już skończyły, to piłkarze od razu z tego trybu nie wyszli. Początek tego spotkania należał do spokojnych, wręcz niemrawych. Nie było atakowania, raczej badanie gruntu. Ale już w 7. minucie znalazł się sposób na dojście do bramki. Dokonali tego przyjezdni z Dolnego Śląska. Michał Rosiak otworzył akcję długim, precyzyjnym podaniem górą. Obrona zdołała ten atak skasować. I kiedy wydawało się, że nic z tego nie będzie, to Josema popełnił koszmarny błąd i podał za lekko. Podanie to przechwycuł Piotr Samiec-Talar, zagrał piętą do Przemysława Banaszaka, a ten z zimną krwią skutecznie wykończył ten atak. Zachowanie pod bramką świetne, ale ta asysta, poezja!
Stracona bramka rozbudziła wicemistrzów Polski. Przeszli na bardziej ofensywny tryb gry, dłużej utrzymywali piłkę, ale mieli trudności z osiągnięciem pożądanego efektu. Aż do 15. minuty, kiedy to pierwszy strzał dla Górnika oddał Kacper Urbański. Świetnie się zachował w polu karnym, zrobił sobie miejsce, przełożył piłkę na prawą nogę i uderzył. Minimalnie niecelnie, ale nieźle. Chwilę później zaatakował Yvan Ikia Dimi, ale Francuz poradził sobie gorzej. Kolejna próba, tym razem Maksym Chłań i znowu mało brakowało. Śląsk cofnął się za bardzo, Górnik miał coraz więcej swobody i to jednobramkowe prowadzenie ani trochę nie było komfortowe dla Wrocławian. Po ponad 20 minutach gry wreszcie to zrozumieli i zaczęli odpychać przeciwnika od swojej bramki. Role zaczęły się odwracać. Tym razem to podopieczni Ante Šimundžy przeważali i atakowali.
Pechowa interwencja, warta bramkę wyrównującą
Nie było jednej drużyny, która stale przeważała i narzucała swoje warunki gry. Raz atakował Górnik, raz Śląsk. Przy czym ci pierwsi radzili sobie gorzej. Obrona Śląska nie miała większych kłopotów z rozbijaniem ich akcji i realnego zagrożenia Zabrzanie nie kreowali. Przynajmniej z gry, bo w końcu im się to udało w 42. minucie, po stałym fragmencie gry. Erik Janža wrzucił piłkę z rogu boiska, dobrze do niej wyskoczył Erik Prekop. Słowaka powstrzymała jedynie kapitalna interwencja Michała Szromnika. Beniaminek Ekstraklasy także próbował swoich sił w ofensywie, ale tu brakowało skuteczności i dobrego wykończenia. Do przerwy Śląsk prowadził – niespodziewanie, ale zasłużenie.
Po przerwie nie za wiele się zmieniło. Górnik wciąż strzelał, ale z daleka lub po stałych fragmentach gry, jakby nie potrafili przebić się przez obronę Śląska. Wicemistrzowie Polski nacierali, zaś Wrocławianie cierpliwie czekali na to, co zrobi przeciwnik i na okazję do doskoku. W 59. minucie Janža dobrze uderzył, ale lepiej poradził sobie Szromnik, a potem Lamine Ba. Ekipa z Górnego Śląska złapała swój rytm. To na nic, skoro przeciwnik bardzo dobrze się bronił. Do 65. minuty. Urbański oddał strzał, ale nie był jakiś szczególnie groźny. Szromnik raczej by sobie z nim poradził. Chciał go wyręczyć Jehor Macenko, ale Ukrainiec źle interweniował, zaskoczył bramkarza i tyle z przewagi Śląska.
Górnik Zabrze ratuje komplet punktów!
Mecz zdecydowanie należał do tych otwartych. Dla Górnika remis nie był zadowalający ani trochę, w starciu z beniaminkiem interesowało ich tylko zwycięstwo. Śląsk natomiast poczuł, że rywal jest jak najbardziej w zasięgu, podobnie jak 3 punkty. Ich podział zatem nie wydawał się być szczególnie atrakcyjny. Przyjezdni powoli spuszczali z tonu, jakby im zaczęło brakować sił. Górnik z kolei nie przestawał naciskać. W 77. minucie Roberto Massimo przetestował refleks Szromnika, ale golkiper Śląska tę próbę przeszedł pomyślnie. Tak dobrze już nie było 2 minuty później. Wydawało się, że z dośrodkowania Urbańskiego nic nie będzie. Ale do piłki dopadł Ikia Dimi i Francuz zza pola karnego trafił do siatki. Bramkarz był tu bezradny, wcisnął ją tuż przy słupku.
Górnik miał już zupełnie wszystko pod kontrolą. Prowadzenie, choć niewielkie, wydawało się już nie do ruszenia. Z wyjątkiem ostatniej akcji meczu, kiedy to fantastycznie z wolnego uderzył Samiec-Talar. Ale ta interwencja Philippa Schulze, chapeau bas! Śląsk wyraźnie stracił na jakości i siłach, to nie był ten sam zespół, co z pierwszej połowy. Oddał gospodarzom za dużo przestrzeni, inicjatywy i odczuł tego skutki. O ile wcześniej Wrocławianie bardzo dobrze się bronili, to tak niskie ustawienie mogło wzbudzać u jego kibiców pewne obawy. Górnik natomiast nie zagrał wcale rewelacyjnego spotkania. Na boisku pokazali tyle, na ile rywale pozwalali, czyli w sumie na wiele. Pierwsza połowa w ogóle do zapomnienia dla wicemistrzów Polski. W drugiej zaś górę wzięła jakość czysto sportowa i po prostu lepszy skład. Zabrzanie zaczynają od zwycięstwa, ale satysfakcjonować może ich w zasadzie tylko wynik.



