Uzależnieni od indywidualności. Dlaczego Everton stracił blask

Everton był jedną z rewelacji początku tego sezonu Premier League. Po 15 kolejkach The Toffees z dorobkiem 24 punktów byli na siódmym miejscu w tabeli. Biorąc pod uwagę ostatnie sezony drużyny z niebieskiej części Liverpoolu oraz przewidywania przed startem rozgrywek, był to wynik zdecydowanie powyżej oczekiwań. W ostatnich latach Everton zamiast walczyć o europejskie puchary regularnie musiał oglądać się za swoje plecy w obawie o utrzymanie w elicie. Co prawda, ekipa Davida Moyesa nadal jest w bezpiecznym położeniu, jednak w ostatnich tygodniach mocno wyhamowała. Zbiegło się to w czasie z nieobecnościami kluczowych postaci w ataku, od których uzależniona była gra ofensywna Evertonu.

Jeden z najciekawszych tercetów ofensywnych

Na początku obecnego sezonu kibice mogli przecierać oczy ze zdumienia obserwując grę The Toffees. W dwóch ostatnich sezonach Everton był zespołem, w którego meczach padało najmniej goli. Z kolei rok wcześniej jedynie Wolverhampton było pod tym względem gorsze. Właściciele klubu od kilku lat budują zespół z myślą przede wszystkim o defensywie, o czym najlepiej świadczą wybory trenerów. Przez ostatnie trzy lata The Toffees najpierw prowadził Sean Dyche, a obecnie David Moyes – dwaj przedstawiciele starej brytyjskiej szkoły.

REKLAMA

W obecnych rozgrywkach Everton oczywiście nie przeszedł transformacji o 180 stopni, jednak stał się drużyną znacznie bardziej atrakcyjną do oglądania. Po transferach Jacka Grelasha i Kiernana Dewsbury’ego-Halla The Toffees mają znacznie więcej argumentów w ataku pozycyjnym i nie muszą w tak dużym stopniu bazować na stałych fragmentach gry, które w poprzednich latach były ich główną bronią w ofensywie. Dodając do tej dwójki Ilmana Ndiaye’a Everton miał jeden z najciekawszych tercetów za plecami napastnika wśród zespołów spoza Big Six.

W pierwszych 15 kolejkach wspomniana trójka strzeliła 10 z 18 goli całego zespołu oraz asystowała przy ośmiu z nich. We wspomnianym okresie spośród zawodników regularnie grających Grealish, Ndiaye i Dewsbury-Hall zajmują trzy pierwsze miejsca w liczbie kluczowych podań oraz xA (oczekiwanych asyst) w przeliczeniu na 90 minut, co wyraźnie wskazuje, jak duży wpływ mieli oni na kreowanie sytuacji. Moyes miał szczęście, że na początku sezonu cała trójka była dostępna. W pierwszych 15 kolejkach Ndiaye i Dewsbury-Hall zagrali wszystkie mecze, natomiast Grealish opuścił jeden mecz z powodów pozasportowych. Przeciwko Manchesterowi City Anglik nie mógł wystąpić ze względu na zapis w umowie wypożyczenia. Ponadto jeszcze w meczu pierwszej kolejki, który odbył się kilka dni po jego transferze, usiadł na ławce rezerwowych.

Everton bez kluczowych ofensywnych piłkarzy

Jako moment zwrotny w trwającej kampanii The Toffees można uznać mecz z Chelsea przegrany 0:2. To właśnie w trakcie tego spotkania z powodu kontuzji boisko po 16 minutach opuścić musiał Dewsbury-Hall. Ponadto to był również ostatni występ Ndiaye’a przed wyjazdem na Puchar Narodów Afryki. David Moyes musiał więc znaleźć receptę jak zastąpić dwóch kluczowych zawodników w ofensywie. Obaj opuścili siedem następnych spotkań i wrócili dopiero na poniedziałkowe starcie z Leeds. Senegalczyk od razu wskoczył do podstawowego składu, natomiast Anglik prawdopodobnie nie był jeszcze w pełni gotowy i rozpoczął mecz na ławce rezerwowych.

Co gorsza, we wspomnianym okresie Grealish opuścił dwa mecze i w jednym wchodził na boisku z ławki. Ponadto z powodu kontuzji nie mógł zagrać też w starciu ostatniej kolejki przeciwko Leeds. Od wspomnianego meczu z Chelsea w połowie grudnia w podstawowym składzie Evertonu ani razu nie znalazł się więcej niż jeden zawodnik ze wspomnianej trójki. Szkoleniowiec The Toffees nie potrafił znaleźć godnego następcy któregokolwiek ze wspomnianego tercetu. W tym czasie na lidera ofensywy wyrósł Thierno Barry, który czterokrotnie trafiał do siatki. Zdecydowanie gorzej było jednak pod względem stwarzania okazji. Nic więc dziwnego, że liczby ofensywne The Toffees znacznie się pogorszyły, a co za tym idzie Everton, punktuje znacznie gorzej niż wcześniej.

Everton ma problem z kreowaniem sytuacji

Średnia punktów na mecz zespołu Moyesa w ostatnich ośmiu kolejkach spadła z 1,6 do 1,13. W analizowanym okresie jedynie sześć zespołów jest gorsze od The Toffees. Biorąc pod uwagę punkty oczekiwane wyliczane na bazie modelu goli oczekiwanych na stronie Understat mniej „oczek” od Evertonu „powinny” zdobyć tylko Burnley, Sunderland i Fulham. Średnia punktów oczekiwanych na spotkanie spadła z 1,31 do 0,99. Głównym powodem gorszych wyników The Toffees jest oczywiście słaba dyspozycja w ataku. W ostatnich ośmiu kolejkach Everton ma najniższy współczynnik xG (goli oczekiwanych) w całej lidze (6,32). Z kolei pod względem okazji kreowanych z gry gorsze jest jedynie Wolves. Everton zajmuje również miejsce w dolnej piątce pod względem liczby „dużych szans”, wszystkich strzałów oraz tych celnych czy z pola karnego.

W międzyczasie ekipa Moyesa odpadła również z FA Cup po porażce w rzutach karnych na własnym stadionie z Sunderlandem. Generalnie w ostatnich ośmiu meczach ligowych The Toffees nie potrafili pokonać będących w strefie spadkowej i zmierzających do Championship Burley i Wolves oraz walczącego o utrzymanie Leeds. Co prawda, w tym czasie wygrali z Aston Villą, Bournemouth czy dwukrotnie Nottingham, jednak tylko w pierwszej rywalizacji przeciwko Forest byli zespołem lepszym.

Sygnał do zmiany

Zresztą poniedziałkowa konfrontacja z zespołem Daniela Farke była dobrym unaocznieniem problemów The Toffees. W pierwszej połowie Everton nie oddał żadnego celnego strzału, a ich współczynnik xG wyniósł tylko 0,15. Jedynym pomysłem gospodarzy na sforsowanie defensywy rywala było podanie piłki do Ndiaye’a i liczenie na jego przebłysk indywidualny. Po przerwie obraz gry odwrócił się niemal o 180 stopni. Everton zaczął dyktować warunki i być stroną dominującą. To wówczas po raz pierwszy po kontuzji na murawie pojawił się Kiernan Dewsbury-Hall, który ożywił grę ofensywną Evertonu. Pomimo tylko 45 rozegranych minut Anglik miał siódmą najwyższą liczbę podań oraz ósmą najwyższą liczbę kontaktów w swoim zespole.

Poprawy gry The Toffees w drugiej połowie nie można jednak sprowadzać tylko i wyłącznie do wejścia na boisko Dewsbury’ego-Halla. Moyes wprowadził również Jarrada Branthawaite’a i zmienił ustawienie na trójkę środkowych obrońców. Mimo że Everton nie stworzył sobie wielu dogodnych sytuacji, to zdołał doprowadzić do wyrównania. Niemniej jednak, w ich grze wciąż brakowało polotu, który prezentowali na początku sezonu. Moyes może mieć nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Przeciwko Leeds po raz pierwszy od półtora miesiąca na boisku przebywało razem dwóch zawodników ze wspomnianej trójki. Niemniej jednak, na trzeciego kibice Evertonu będą musieli poczekać jeszcze kilka miesięcy, gdyż Grealish zmaga się z urazem stopy. Dla trenera The Toffees to kolejny sygnał do tego, aby jego zespół nie był w tak dużym stopniu uzależniony od poszczególnych piłkarzy.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    143,951FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ