To jest ten sezon Galatasaray w Lidze Mistrzów?

Galatasaray jest na ustach wszystkich po demolce, jaką sprawiło Juventusowi w Lidze Mistrzów. Turecki klub rozegrał fenomenalne spotkanie i wynik 5:2 daje mu wysokie szanse na awans do kolejnej rundy Ligi Mistrzów. Z taką paką piłkarzy posiadanych w składzie jego sufit zawieszony jest wysoko. Takiej siły nie miał od dłuższego czasu.

Przez wiele ostatnich lat klubowi ze Stambułu brakowało różnych rzeczy. Czasem były to wyniki w Lidze Mistrzów, bo od sezonu 2013/2014, kiedy rywalizował w 1/8 finału z Chelsea, na pięć prób wejścia do fazy pucharowej ani razu nie udało mu się tego dokonać. Innym razem chodziło o sukcesy na krajowym podwórku. Od 2014 roku do fatalnego sezonu 2021/2022, zasilany ogromnymi zastrzykami gotówki i zazwyczaj sprowadzający do zespołu znaczące w Europie nazwiska, zdobył 3 mistrzostwa Turcji. Niby sporo, zważywszy na rywali, z jakimi musiał się mierzyć – Fenerbahçe oraz Beşiktaş to przecież poważni konkurenci – jednak mało jak na jego ambicje.

REKLAMA

Od biedy do bogactwa jeden krok

Wspomniane rozgrywki 2021/2022 były punktem zwrotnym. Wtedy nastroje wokół Galatasaray zaczęły sięgać dna. No bo jak tak wielka drużyna, wicemistrz w poprzedniej kampanii ligowej, mogła sięgnąć dna i zająć zaledwie 13. miejsce w tabeli? To był historyczny wyczyn, nigdy bowiem w swoich dziejach nie zakończyła sezonu na tak niskiej pozycji. Jednocześnie pętla w postaci zadłużenia sięgającego 400 milionów euro zaciskała się coraz mocniej wokół jej szyi. Ale tak naprawdę ten fakt miał niewielkie znaczenie, ponieważ w Turcji życie na kredycie to standard.

– Oni doskonale udają, że mają pieniądze, a tak naprawdę dalej wydają ponad stan, jak wydawali. Tylko wszyscy nad Bosforem przymykają na to oko, bo bardziej im zależy, by pokazać światu, że Turcja sobie świetnie radzi niż na pilnowaniu, by kluby były „zdrowo” zarządzane – mówił o tureckim klubie Filip Cieśliński w październiku 2023 roku na łamach portalu Weszło.

Dlatego Lwy tak szybko znów zaczęły królować nad Bosforem. W czerwcu 2022 roku na stanowisku prezesa Buraka Elmasa zastąpił Dursun Ozbek. Ten tak tym wszystkim zakręcił, że pojawiły się nowe umowy i kontrakty, które przyniosły dodatkowe fundusze. Zawrotną sumę 450 milionów euro udało się uzyskać ze sprzedaży gruntów we Floryi. Część przychodów poszła na spłatę wierzycieli, ale większe pieniądze przeznaczono na transfery.

W międzyczasie w kolejne zmagania o turecki czempionat (a może bardziej sułtanat – piłkarski rzecz jasna) Stambułczycy weszli z porządnymi wzmocnieniami. Lucas Torreira, Dries Mertens, Juan Mata czy Mauro Icardi groszy nie zarabiali. Zimą do tego gwiazdozbioru dołączył jeszcze Nicolo Zaniolo. Nowy trener, Okan Buruk – autor mistrzostwa wywalczonego sensacyjnie przez Başakşehir w 2020 roku – miał z czego lepić. Dzięki temu już rok po katastrofalnej 13. pozycji zespół z Galaty po raz 23 w historii zwyciężył w Super Lig. Początek miał chwiejny, ale od 15. kolejki niepodzielnie rządził na szczycie tabeli. To był dopiero początek.

Tłuste lata Galatasaray na krajowym podwórku

Dwa następne sezony to trzy dodatkowe puchary dodane do klubowej, bursztynowo-szkarłatnej gabloty. W 2024 roku mistrzostwo wywalczył po ekscytującym wyścigu z rywalem zza miedzy, jakim jest Fenerbahçe. Obie stambulskie drużyny punktowały jak szalone i nie chciały przestać. Dość powiedzieć, że 99 punktów nie wystarczyło żółto-niebieskim w pokonaniu przeciwnika z przeciwległego narożnika. Ten bowiem uzbierał ich aż 102! Okazało się to rekordem, gdyż żaden klub nie wygrał ligi z tak wielkim dorobkiem.

Nie udałoby się to, gdyby nie kolejne mocne transfery. Na stałe wykupiono Icardiego, ponadto zakontraktowano Wilfrieda Zahę, a także wypożyczono Hakima Ziyecha oraz Tanguy’a Ndombélé. A to nie wszystko, bo do klubu trafili między innymi Davinson Sánchez czy Angeliño. Po prostu Paris Saint-Germain w wersji tureckiego marketu z koszulkami piłkarskimi – może w ofercie ma podróbki, za to stosunkowo jakościowe.

Prawdziwa bomba transferowa wybuchła jednak latem 2024 roku. Galatasaray ściągnęło na wypożyczenie… Victora Osimhena. Nigeryjczyk bardzo wyróżniał się w Serie A i Napoli oczekiwało, że uda się go sprzedać. Nikt jednak się nie zgłaszał, więc napastnikowi groziło spędzenie pół roku w rezerwach – to zwyczajna praktyka neapolitańczyków wobec piłkarzy, którzy przestali figurować w ich planach. Wtedy zgłosił się turecki potentat.

Osimhen strzelił 26 bramek i mocno przyczynił się do pewnego ligowego triumfu w rozgrywkach 2024/2025. Lwy natychmiast wskoczyły na 1. miejsce. Nie oddały go do końca. Przegrały tylko jedno spotkanie – 1:2 z Beşiktaşem. Poza tym zwyciężyły też w Pucharze Turcji. Nigeryjski strzelec dołożył w wygranym 3:0 finale z Trabzonsporem dwa trafienia. I jeśli o transfer czasowy goleadora z Afryki określamy bombą, to jak nazwać jego wykup? Tak, 27-latek trafił nad Bosfor na stałe za zawrotną sumę 75 milionów euro.

REKLAMA

Swoją drogą, cegiełkę do sukcesów dołożył też Przemysław Frankowski, który w zimowym okienku został wypożyczony z RC Lens. Jak Osimhen stał się bohaterem ruchu gotówkowego. To jeszcze wyraźniej pokazuje, że Gala stała się poważnym graczem na rynku i może ściągnąć do siebie – czy jest to solidny ligowiec z Francji, czy gwiazda włoskich rozgrywek.

Tylko wyników w Europie brak

Pod batutą trenera Buruka nie brakowało otwierania szampanów na krajowym podwórku, natomiast problemem było świętowanie osiągnięć w rozgrywkach europejskich. Może i jakieś napoje procentowe szykowano, ale zwyczajnie nie dało się niczego opijać. W sezonie 2023/2024 Turcy dostali się do Ligi Mistrzów, nawet wyeliminowali Manchester United, zajmując 3. miejsce w swojej grupie, ale nie było to coś ekstra. Tym bardziej, że po miękkim lądowaniu w Lidze Europy odpadli z niej już na etapie 1/16 finału. Dwumecz przegrali ze Spartą Praga, czyli rywalem zdecydowanie do przejścia.

Rok później było gorzej. Galatasaray nie zakwaflifikowało się nawet do fazy ligowej Ligi Mistrzów po porażce z Young Boys Berno. Spadło więc do drugich pod względem elitarności rozgrywek europejskich. I tu ponownie nie zdołało przejść 1/16 – zbyt silny okazał się AZ Alkmaar.

To były dwa spore kamyczki do ogródka szkoleniowca. Turcy jako naród mają potrzebę pokazania się na arenie międzynarodowej. Chcą czuć się silni i tę siłę zaznaczyć w Europie. Ową cechę odziedziczyli w spadku po potędze swoich przodków z Imperium Osmańskiego. Z tego powodu obecny mistrz kraju ze stolicą w Ankarze dostaje ciche przyzwolenie na szastanie pieniędzmi (jak zresztą pozostałe najsilniejsze marki w Super Lig). Buruk, mimo fantastycznych narzędzi, nie był w stanie dać rodakom satysfakcjonującego osiągnięcia.

Pojawiały się opinie krytykujące rozwiązania taktyczne szkoleniowca (a nawet twierdzące, że tej taktyki w ogóle nie ma). Brak planu gry w poszczególnych spotkaniach, ignorowanie problemów, słaba mentalność – to najbardziej wybijające się zarzuty wobec niego. Z drugiej strony spójrzmy też na jego główną zaletę, czyli budowanie relacji z zawodnikami. Zwracano uwagę na to, jak wysokimi kompetencjami miękkimi dysponuje, prowadząc zespół pełen gwiazd. Wcześniej zdarzały się konflikty pomiędzy piłkarzami, ale za kadencji byłego trenera Başakşehiru zapanowała bardziej rodzinna atmosfera.

Cóż, Tureccy fani teraz zapewne zapomnieli o wadach po przełomowym spotkaniu z Juventusem.

Na co stać Galatasaray?

To, że bursztynowo-szkarłatni świetnie spisują się w krajowej lidze, bo ponownie przewodzą stawce z 55 punktami (z 3 oczkami przewagi nad drugim Fenerbahçe), to jedno. Krokiem do spełnienia marzeń o tureckiej potędze był triumf nad uznanym rywalem z Serie A, godny epoki Sulejmana Wspaniałego. Mimo że Juve nie jest taką potęgą, jak już kilka dobrych lat temu, to wciąż ma spore doświadczenie w europejskich pucharach. Stambulska drużyna zagrała na takim poziomie, że nie powstydziłyby się tego Derby d’Italia.

Mocno pracował środek pola w zestawieniu Lucas Torreira – Gabriel Sara – Yunus Akgün, przez co trudno było Turyńczykom kontrolować spotkanie. Niełatwo miał Kenan Yıldız, którego cały czas starał się kryć Roland Sallai. Węgier poruszał się za nim jak cień. Dużo inicjatywy pokazywał Barış Alper Yılmaz. Cały zespół Lwów pokazał, że może rywalizować z równie jakościowym rywalem – i to w widowiskowy sposób.

Niepochlebnie wyrazilibyśmy się tylko o grze defensywnej podopiecznych Buruka. Dwa razy Stara Dama boleśnie skarciła przeciwników, wykorzystując przestrzeń między linią obrony a pomocy pozostawianą przez nich podczas pressingu. Przy pierwszym golu Gala zachowała zbyt dużą pasywność. Druga bramka to wynik nienajlepszego krycia w centrum i spóźnień Davinsona Sáncheza oraz Abdülkerima Bardakcıego. To poniekąd podatek od efektownej gry, a także intensywnego tempa gospodarzy.

Ważnym testem dla ekipy ze Stambułu będzie rywalizacja rewanżowa na włoskim gruncie. W pierwszym meczu niosła ją atmosfera tworzona przez własnych kibiców. Wydaje się jednak, że ma ona na tyle dużo jakości, żeby dopełnić dzieła zniszczenia w drugiej potyczce. Jej skład mógłby równie dobrze występować w którejś z lig top 5. W Lidze Mistrzów, przy odrobinie szczęścia podczas losowania, które pozwoliłoby im zmierzyć się ze słabo dysponowanym w tym sezonie Tottenhamem, osiągalnym etapem wydaje się ćwierćfinał. W wypadku trafienia na Liverpool orzech do zgryzienia okaże się twardszy.

Jeśli Galatasaray dotarłoby tak daleko, to powtórzyłoby swój wynik z 2013 roku, kiedy w 1/4 finału grało z Realem Madryt. Tego rodzaju wyczyn powinien zaspokoić głodnych sukcesów tureckich kibiców. To też szansa dla trenera Buruka – jeśli właściwie wszystko poukłada, w końcu zerwie łatkę nieudacznika w europejskich rozgrywkach.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,419FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ