Losy meczu rozstrzygnęły się jeszcze w pierwszej połowie. Warta Poznań nie zmiłowała się nad słabszym rywalem i poszła po swoje. Grająca w dużej mierze młodymi piłkarzami Lechia Gdańsk przyjęła od niej trzy bramki. Nie było złudzeń, kto jest lepszym zespołem. Dopóki Lechiści nie skompletują normalnej kadry, o dobre wyniki będzie im bardzo trudno.
Ławka Lechii z powracającymi Rifetem Kapiciem oraz Camilo Meną prezentowała się lepiej, ale to tyle z pozytywów. Występująca po raz kolejny ze sporą liczbą młodzieżowców w składzie gdańska drużyna nie potrafiła nawiązać równej walki ze zdeterminowanym rywalem. Gubiła się często pod wysokim pressingiem i w konsekwencji rzadko opuszczała swoją połowę. Nie pomagał bardziej doświadczony środek pola w zestawieniu Bartosz Neugebauer – Ivan Zhelizko.
Obrona gospodarzy również momentami rozstępowała się niczym Morze Czerwone. Ale nie chodzi nam tu o krytykowanie zawodników, którzy w normalnej sytuacji znajdowaliby się maksymalnie na ławce rezerwowych. To ukazuje patologię, jaka panuje w klubie z Pomorze i to, jak szyć z niczego musi trener Vladyslav Lupashko. Defensywę musiał zestawić z niedoświadczonych, a także mniej jakościowych piłkarzy i przyjezdni z tego korzystali.
Świetnie w takich warunkach czuł się Mateusz Stanek, który był bardzo produktywny. Napastnik Zielonych raz trafił do siatki (mógł dwa razy, ale jednej sytuacji nie wykorzystał), wywalczył też rzut karny (po stemplu Wojciecha Madeja). Jedenastkę na gola wywalczył niezawodny wahadłowy Marcel Stefaniak, który robił sporo zamieszania na lewej stronie, współpracując z Jakubem Kendzią. Trzecia bramka Arkadiusza Najemskiego po błędzie Wiktora Weiraucha dopełniła dzieła zniszczenia w pierwszej połowie.
Dopiero wtedy Gdańszczanie dostali od Warty więcej przestrzeni do wykazania się. Obiecująco bili stałe fragmenty gry. Po jednym krótko rozegranym rzucie rożnym czujność Leo Przybylaka przetestował strzałem z dystansu Tomasz Wójtowicz. Natomiast ataki pozycyjne nie zaskakiwały Poznaniaków.
Lechia próbowała szarpnąć, ale Warta zachowała rozsądek
Po przerwie biało-zieloni wprowadzili na boisko Kapicia oraz Menę, licząc, że zmieni to jakoś sytuację na boisku. I faktycznie, wspomniana dwójka tchnęła w swoją drużynę trochę życia. Początkowo Warta kontrolowała wydarzenia boiskowe, choć nieco się cofnęła, aby wykorzystywać przestrzeń za linią obrony przeciwnika. Z czasem jednak Lechia zaczęła się rozkręcać. Najpierw ciekawą, lecz zrykoszetowaną próbę miał Neugebauer, potem Martin Szczerbinski faktycznie przetestował Przybylaka. W innej sytuacji piłka w polu karnym odnalazła też Kapicia, ale jego strzał został zablokowany.
Tymczasem Warciarze na potęgę marnowali kolejne szanse. Nie raz wychodzili z kontratakami, tylko że dawali się łapać na spalone albo brakowało im skuteczności (szczególnie Kendzi). Przez głowę przechodziła myśl, że była już taki poznański zespół, który roztrwonił trzybramkową przewagę. Natomiast bliżej było końca, tym come-back stawał się coraz mniej realnym scenariuszem. Przyjezdni w gruncie rzeczy zachowywali szczelność pod własną szesnastką.
Rywalizacja toczyła się pod dyktando gości. Nawet jeśli Gdańszczanie spisywali się optycznie lepiej, to wszystko co dobre kończyło się, gdy przychodziło do stworzenia dogodnej pozycji strzeleckiej. Przebieg gry był wbrew pozorom otwarty. Lechia szukała swoich okazji, a Warta odpowiadała wyjściami, wykorzystując ofensywne nastawienie rywala. Zielonym też akcje nie wychodziły, ale oni akurat bramki już nie potrzebowali.
Poznaniacy dowieźli korzystny wynik. Wykorzystali słabości rywala, a potem skupili się na tym, żeby mecz nie wymknął się im spod kontroli. W ten sposób po raz pierwszy w tym sezonie zgarnęli pierwszą pulę. Z kolei dopóki spadkowicz z Ekstraklasy nie zajmie się swoimi problemami, dopóty dla rywali będzie stanowić mniejsze wyzwanie. Przede wszystkim musi wzmocnić obronę, bo to nią przegrała to spotkanie.



