Anglię i Chorwację już kiedyś los skojarzył na mundialu. Miało to miejsce w 2018 roku, a stawka była ogromna – awans do finału najważniejszej piłkarskiej imprezy. Anglicy czekali na ten moment od 1966 roku, podobnie jak na trofeum. Chorwaci zaś liczyli na historyczny sukces. Po ciężkim boju i dogrywce to Vatreni ostatecznie zagrali na moskiewskich Łużnikach. Teraz te dwie uznane marki zmierzyły się ze sobą już w fazie grupowej. Obie te reprezentacje przeszły przez eliminacje nie przegrywając choćby jednego spotkania. To szczególny mecz dla Synów Albionu, którzy od lat dźwigają presję oczekiwań na „powrót futbolu do domu”.
Dublet Kane’a
Chorwacja uderzyła jako pierwsza, ale była daleka od objęcia prowadzenia. Trudno tu mówić o super dogodnej okazji. Potem Anglicy próbowali ułożyć grę pod siebie. Uspokoili ją nieco, postawili na skrupulatną wymianę podań i cierpliwe szukanie swojej szansy. Ta pojawiła się w 9. minucie, ale bardziej w wyniku koszmarnego błędu Luki Modricia. Aż trudno uwierzyć, że tak doświadczonym graczom mogą przytrafiać się takie sytuacje, jak kopnięcie Noniego Madueke w polu karnym. Błąd kapitana próbował zrekompensować Dominik Livaković, który obronił pierwszy rzut karny Harry’ego Kane’a. Chorwat wyszedł jednak z linii bramkowej i jedenastkę powtórzono. Za drugim podejściem Anglik nie dał się już ograć.
Anglia wyglądała na świetnie zorganizowaną drużynę, z wypracowanymi automatyzmami. Mieli pełną kontrolę nad przebiegiem spotkania i poczynaniami przeciwnika. Podopieczni Zlatko Dalicia rzadko kiedy skutecznie przesuwali się pod bramkę rywala, bowiem Anglicy dobrze radzili sobie w destrukcji. Synom Albionu brakowało w zasadzie jedynie dojścia do klarownych sytuacji strzeleckich – najczęściej albo byli blokowani, albo obrona chorwacka udaremniała ich próby. Powstrzymywali się jednak od szaleńczych szarż, niemal każdy ich ruch wyglądał na przemyślany.
A jednak Anglicy za tę pewną nieudolność zostali ukarani. Chorwaci raz po raz wysyłali sygnały ostrzegawcze, lecz nie dawały one powodów do niepokoju. W 36. minucie okazało się, że niesłusznie. Petar Sučić zgrał do dobrze ustawionego Martina Baturiny, a 23-latek kropnął na bramkę bez zbędnych kalkulacji. Piękny gol, Jordan Pickford nie miał nic do powiedzenia! Ale niestety dla ekipy z Bałkanów, długo się tym prowadzeniem nie nacieszyła. 6 minut później Declan Rice idealnie wrzucił piłkę z rzutu rożnego na głowę Kane’a. Napastnik Bayernu nie omieszkał z tego skorzystać i Anglia wróciła na prowadzenie.
Co za mecz, co za widowisko!
Thomas Tuchel miał bardzo mocno pokrzyżowane plany na przerwę. W ostatnich sekundach pierwszej połowy Chorwacja stanęła przed szansą. Mario Pašalić miękko zagrał piłkę górą, do Ivana Perišicia. 37-latek zgrał ją potem na bok, a akcję skutecznie wykończył Petar Musa. Fantastycznie rozegrali to podopieczni Zlatko Dalicia, jak złoci, nie brązowi medaliści mundialu! Ale ale, żeby nie było takich zachwytów. Po raz trzeci, jak na złość, Anglicy odpowiedzieli natychmiastowo. W 47. minucie Jude Bellingham wbiegł w pole karne ze skrzydła po indywidualnym rajdzie i uderzył. Piłka obiła słupek, ale szczęśliwie dla pomocnika Realu Madryt, wpadła do siatki. Anglia nabierała rozpędu, jeszcze stawkę mógł podbić z dystansu Rice, ale świetnie interweniował Livaković.
Od takiego MECZYCHA nie szło aż oderwać oczu. W angielskich brukowcach będzie dominować dyskusja, co ci piłkarze wzięli w przerwie, że wyszli tacy naładowani na drugą połowę. Fantastycznie Anglicy się spisywali w ofensywie, nawet jeśli obrona nieco kulała. Niemniej skutecznie przyparli Chorwatów do ściany. Przewaga w liczbie strzałów czy współczynniku goli oczekiwanych zespół z Wysp Brytyjskich miał przytłaczającą przewagę. Inicjatywa była po jego stronie i kolejne bramki wisiały w powietrzu.
Zabójczy kontratak
Na około 25 minut przed końcem meczu tempo nieco zmalało, a i on sam zrobił się dość jednostronny. Przeważali Anglicy, i to zdecydowanie, w zasadzie w każdym aspekcie. Rywale szukali rozwiązania, nie składali broni, a Zlatko Dalić próbował rotować składem w nadziei na uratowanie dobrego wyniku. Można było spodziewać się sporych emocji, choć bliżej wygranej była Anglia. Nie było zbyt wielu przesłanek za tym, że może zdarzyć się inaczej. Jednakże w ostatnim kwadransie Vatreni obalali tę tezę. Nabrali wiary w siebie i Jordan Pickford miał coraz więcej pracy między słupkami. Obronił niezłe strzały Marco Pašalicia i Igora Matanovicia. Wszystkie te argumenty Chorwatom wytrącił z ręki Marcus Rashford. W 85. minucie Bukayo Saka rozpędził się z piłką i zgrał do piłkarza Barcelony. Miał przed sobą jedynie Livakovicia i pewnie go ograł.
Pomimo porażki, reprezentanci Chorwacji nie mają sobie zbyt wiele do zarzucenia. Zagrali naprawdę dobrze przeciwko nieco wyżej notowanemu rywalowi. Nie byli stroną dominującą, ale kiedy już mieli piłkę przy nodze, to potrafili pokazać, że potrafią. Zaprezentowali swoją kreatywność w ofensywie, tworząc sobie kilka dogodnych okazji. Ostatecznie przeważyła piłkarska jakość Anglików, którym te 3 punkty z nieba nie spadły. Większość meczu toczyła się pod ich dyktando. Nie było to starcie idealne w ich wykonaniu, pewne mankamenty były widoczne w obronie. Niemniej podopieczni Thomasa Tuchela pokazali, że będą próbowali zaprowadzić futbol do domu. I ogrywając okazale takiego rywala, jak Chorwacja, to trzeba to potraktować poważnie.

