Historyczny sezon. Jak Manchester City sięgnął po potrójną koronę?

Manchester City pod wodzą Pepa Guardioli miał mnóstwo wybitnych sezonów. Rozgrywki 2017/18 do teraz pozostają najlepsze pod względem dorobku punktowego w historii Premier League. W dwóch poprzednich sezonach wygrywali ligę, a w Champions League dochodzili raz do finału, a raz do półfinału, jednak brak triumfu w najważniejszych europejskich rozgrywkach ciągle sprawiał, że projekt Pepa Guardiola na Etihad Stadium nie był w pełni skończony. Brakowało mu kropki nad „i”. Po tym sezonie nie ma już żadnych wąptliwości – Manchester City pod wodza hiszpańskiego szkoleniowca zdobyciem potrójnej korony potwierdził, że jest najlepszą drużyną w ostatnich latach i jedną z najwybitniejszych w całej historii. W jaki sposób Guardiola zbudował zespół, który zdobył potrójną koronę?

Dopasować Manchester City do Erlinga Haalanda

W lecie Manchester City sprowadził zawodnika, który miał być brakującym elementem tego zespołu w ostatnich latach. Erling Haaland, bo o nim oczywiście mowa, to jeden z największych talentów w obecnym futbolu, którego wówczas już można było zaliczać do grona najlepszych piłkarzy świata. Przy transferze Norwega nie brakowało również wąptliwości. Abstrahując od kontuzji, które często nękały Haalanda, gdy grał w Borussii Dortmund zwracano uwagę, że to napastnik o zupełnie innej charakterystyce od zawodników, których dotychczas Pep Guardiola używał na tej pozycji. Odkąd Sergio Aguero (który i tak był bardziej wszechstronnym napastnikiem od Norwega) nie dojeżdżał już poziomem do najwyższych wymagań trener stawiał na nominalnych pomocników. Na środku ataku ustawiał Bernardo Silvę, Phila Fodena czy Kevina De Bruyne, którzy pełnili rolę fałszywej „9-tki”, a system nastawiony na tworzenie przewagi w środku pola był tak płynny, że w różnych fazach gry w rolę środkowego napastnika wcielali się jeszcze inni gracze.

REKLAMA

Z Haalandem system musiał się więc zmienić. Norweg wszedł do Premier League z drzwiami i futryną. W 13 meczach ligowych przed przerwą na MŚ (jeden opuścił przez uraz) nowy nabytek The Citizens zdobył 18 goli, w tym trzykrotnie zabierając ze sobą piłkę meczową za hat-tricka. Wszystko pięknie? No nie do końca. Haaland robił furorę, ale sam Manchester City nie był już tak wybitnym zespołem, jak miało to miejsce w poprzednim sezonie. W 14 meczach zdobył 32 punkty i miał 5 „oczek” straty do liderującego Arsenalu. Do Haalanda za moment wrócimy, natomiast warto spojrzeć też na resztę zespołu. Wskazując przyczyny straty punktowej do Kanonierów przede wszystkim wyróżnilibyśmy brak dynamiki na skrzydłach. The Citizens pod wodzą Guardioli często bazowali na szybkich skrzydłowych i tworzeniu przewag w bocznych sektorach. W pierwszej części sezonu najczęściej na tych pozycjach grali Grealish i Foden, co do których możemy mieć wątpliwości czy są to nominalni skrzydłowi.

Problemy pierwszego świata

Manchester City ściągnął napastnika, który zdobywał średnio więcej niż jednego gola na mecz i bił wszystkie rekordy strzeleckie, a mimo to zespół grał gorzej. Jakim cudem doszło do takiego paradoksu? Oczywiście, nie wszystko było tutaj zależne od Haalanda. O skrzydłach już wspomnieliśmy, sam Guardiola często mówił, że De Bruyne’a stać na lepszą grę (choć do MŚ zaliczył 10 asyst to widocznie trener oczekiwał czegoś więcej w innych elementach), sama defensywa nie była też tak stabilna jak wcześniej, a i odejście Zinchenko, który charakterystyką idealnie wpisywał się w wymagania Guardioli na pozycji bocznego obrońcy nie pomogło.

Mimo, że Norweg strzelał jak szalony to w wielu meczach można było odnieść wrażenie, że zespół nie potrafi wykorzystać jego największych atutów, że więź dzięki której obie strony wzajemnie korzystałyby na współpracy ze sobą nie została jeszcze wypracowana. Ponadto Haaland jako typowa „9-tka” znacznie rzadziej schodził pod grę i zaliczał mniej kontaktów z piłką. W niektórych meczach brak napastnika, który tworzyłby przewagę w środku sprawiał, że Manchester City miał problem, aby zepchnąć rywala do głębokiej defensywy i osiągnąć przewagę terytorialną, co jest podstawą ich filozofii. W każdym spotkaniu, w którym Erling Haaland znikał, a Manchester City nie wygrywał spotkania podnosiła się debata na temat przydatności 22-latka w systemie Pepa Guardioli.

Na początku marca portal „The Athletic” przeprowadził analizę, z której wynikało, że tylko przy 32% biegów, które wykonuje Haaland kolega z zespołu próbuje zagrać do niego piłkę. Nawet, gdy rywal był wysoko ustawiony Manchester City rzadko wykorzystywał szybkość Norwega i przestrzeń za linią obrony. Być może dlatego, że Guardiola ma obsesję na punkcie posiadania futbolówki, a w minionym sezonie do około marca The Citizens pozwalali rywalom na więcej kontrataków niż w ubiegłych latach. Pep chciał więc gry bardziej bezpiecznej, aby nie tracić zbyt często piłki.

Nowy Manchester City po Mistrzostwach Świata

Haaland wyglądał więc na zawodnika, który strzela nie dzięki, a pomimo stylu gry Manchesteru City. Pep Guardiola powtarzał jednak, że to zespół musi się do niego dostosować, a nie odwrotnie. Jak to się stało? Pomysł narodził się w głowie trenera prawdopodobnie w trakcie przerwy na Mistrzostwa Świata. Wtedy to wymyślił ustawienie w fazie posiadania piłki, które dziś jest już nam dobrze znane. Trzech obrońców, dwóch defensywnych pomocników, dwóch ofensywnych pomocników, szeroko ustawieni skrzydłowi i Haaland na szpicy. Drugim krokiem było znalezienie odpowiednich wykonawców do nowego systemu. Największy problem pojawił się na bokach obrony, gdzie Guardiola potrzebował ponad dwóch miesięcy, aby znaleść układ idealny. W końcu wynalazł zawodnika, który w atakach pozycyjnych będzie potrafił grać jako „6-tka”, a w defensywie zagwarantuje bezpieczeństwo – Johna Stonesa.

Manchester City w trakcie tego sezonu bardzo długo był na etapie ewolucji, ale kiedy ona się zakończyła zespół wszedł na poziom nieosiągalny dla reszty klubów w Anglii i Europie. Przez schodzenie bocznego obrońcy do środka pola w fazie posiadania piłki The Citizens mieli zazwyczaj przewagę jednego zawodnika w centrum boiska, więc Haaland mógł skupić się na tym, co potrafi najlepiej. Można odnieść wrażenie, że Guardiola stopniowo przygotowywał zespół do tego, co widzieliśmy w końcówce sezonu. Wcześniej brak dynamiki na skrzydłach wskazywano jako przyczynę gorszej gry Man City, natomiast Hiszpan postawił na bardziej bezpośrednią i ryzykowną grę przez środek (De Bruyne i Haaland), a w bocznych sektorach najbardziej cenił sobie zawodników, którzy potrafią utrzymać piłkę (Jack Grealish, Bernardo Silva, Riyad Mahrez). Z dzisiejszej perspektywy wszystko wygląda, jakby było zaplanowane.

„Prawdziwi obrońcy”

Podobną wizję możemy dostrzec także w sprzedaży Oleksandra Zinchenko do Arsenalu w letnim okienku transferowym i wypożyczeniu Joao Cancelo do Bayernu Monachium w styczniu. W poprzednich latach byli oni idealnymi bocznymi obrońcami dla Pepa Guardioli, ale Hiszpan w tym roku zmienił priorytety. Nie chciał już obrońców, którzy swoje braki w defensywie potafią zrekompensować tym, co oferują w posiadaniu piłki. Nie chciał mieć w linii obrony żadnych słabych punktów. Dlatego też w nowym systemie często mieliśmy okazję ogladać linię obrony złożoną z czterech nominalnych stoperów – Rubena Diasa, Johna Stonesa, Nathana Ake i Manuela Akanjiego (tak zagrali w finale LM). Zdarzało się również, że na prawą obronę wskakiwał Kyle Walker, który w defensywie jest niemal perfekcyjny.

Nauczyłem się w tym sezonie, że grając przeciwko skrzydłowym takim jak Saka, Martinelli, Vinicius, Salah czy wcześniej Mane, potrzebujesz w obronie genialnych obrońców. Obrońców, którzy będą w stanie wygrywać z nimi pojedynki jeden na jednego. W Lidze Mistrzów tym skrzydłowym wystarczy jedna akcja, żeby cię pokonać. Nathan Ake nam to gwarantuje, nie mieliśmy tego wcześniej. Największym bonusem dla nas jest posiadanie świetnych w grze jeden na jednego obrońców w bocznych sektorach boiska. Nie mieliśmy tego wcześniej, a teraz mamy Ake, Akanjiego i Walkera, którzy są w stanie to nam zapewnić – zdradzał powody takich wyborów świeżo po przypieczętowaniu mistrzostwa Anglii Pep Guardiola. Połączenie umiejętności technicznych z atrybutami fizycznymi i znalezienie ideanego balansu okazało się kluczem do sukcesu.

REKLAMA

Wszyscy znamy ostatnie rezultaty Man City, ale dla przypomnienia – 7:0 z Lipskiem, 3:0 z Bayernem, 4:0 z Realem i seria 12 ligowych zwycięstw z rzędu prowadząca do tytułu mistrza Anglii. Manchester City otarł się o perfekcję.

Upragniony garnek

Wszystkie te zmiany pozwoliły Manchesterowi City zdobyć w tym sezonie trzy najważniejsze trofea i zostać dziesiątym klubem, który wrzucił do gabloty potrójną koronę (mistrzostwo kraju, puchar kraju i Liga Mistrzów/dawniej Puchar Europy). Można odnieść wrażenie, że ewolucja, którą w drużynie przeprowadził Pep Guardiola najbardziej była obliczona na zdobycie Ligi Mistrzów, jedynego trofeum, które ciągle pozostawało poza zasięgiem Obywateli pod wodzą Hiszpana. Manchester City w tym sezonie trochę się zmienił. Nabrał więcej pragmatyzmu. Oczywiście, chciał kontrolować mecze utrzymując się przy futbolówce, ale kiedy musiał bronić na własnej połowie to również czuł się komfortowo. Linia defensywy złożona z „prawdziwych obrońców” bardzo dobrze broniła własne pole karne i bardzo rzadko popełniała błędy. Zespół częściej zaczął używać także prostszych środków, m.in. w postaci dalekiego podania od Edersona lub środkowych obrońców na Erlinga Haalanda (w ten sposób rozbili Arsenal w bardzo ważnym spotkaniu w drodze po tytuł).

Guardiola też zdał sobie sprawę, że w pojedynczych meczach, a takie rozstrzygają o losach zespołu w Lidze Mistrzów nie na wszystko będzie miał wpływ. – Mecze Ligi Mistrzów to często chaos. W kluczowych momentach grasz bardziej sercem niż taktyką. O zwycięstwie decyduje twój spokój i decyzje podejmowane w odpowiednim momencie. To nie jest liga, gdzie liczy się długofalowy plan. W LM wygrywa ten, kto najlepiej kontroluje emocje – móiwł Bernardo Silva dla „France Football”. Tym razem piłkarze nie zawiedli szkoleniowca. W kluczowych momentach potrafili udźwignąć presję, kontrolować emocje, opanować chaos. To wszystko złożyło się na zasłużoną radość ze zdobycia pierwszej w historii klubu Ligi Mistrzów. Manchester City Pepa Guardioli wreszcie może czuć się w 100% spełniony.

***

Po więcej informacji o Premier League zapraszamy na grupę Kick & Rush – wszystko o lidze angielskiej

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    108,068FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ