W poprzednich dwóch sezonach Premier League mieliśmy okazję oglądać wyjątkowo słabych beniaminków. W obu przypadkach komplet drużyn, które awansowały do elity, po roku żegnały się z nią. Co więcej, żaden z nich nie potrafił nawiązać nawet równorzędnej walki o utrzymanie z którymś z pozostałych zespołów. W poprzedniej kampanii Southampton, Ipswich i Leicester uzbierały łącznie 59 punktów. Nieco lepiej było rok wcześniej, gdy Sheffield, Burnley i Luton zdobyły łącznie 66 „oczek”. W trwającym sezonie drużyny, które wywalczyły awans, radzą sobie znacznie lepiej. Sunderland i Leeds punktują na poziomie, który spokojnie wystarczy im do pozostania w lidze. Wyjątkiem jest jednak Burnley, które prawdopodobnie podzieli los sześciu wcześniejszych beniaminków.
Burnley miało być najlepszym beniaminkiem
Przed startem sezonu wydawało się, że to właśnie Burnley może mieć największe szanse, by nawiązać realną walkę o utrzymanie. The Clarets w poprzedniej kampanii Championship zdobyli 100 punktów, co jest – ex aequo z Leeds z tych samych rozgrywek – drugim najlepszym wynikiem w ostatnich 11 latach. Niemniej jednak liczba punktów zdobytych na zapleczu rzadko przekłada się na to, jak prezentuje się zespół poziom wyżej. Po awansie trzeba zmienić swój sposób gry i zaadaptować się do wymagań nowej ligi. W ostatnich latach mieliśmy wiele przykładów beniaminków, które w Premier League chciały grać tak samo, jak w Championship i niemal zawsze kończyło sie to degradacją. Jednym z takich przypadków było właśnie Burnley prowadzone przez Vincenta Kompany’ego dwa lata temu.
Ten awans The Clarets osiągnęli jednak w zupełnie innym stylu. Zespół Kompany’ego stawiał na ofensywę, natomiast pod wodzą Parkera Burnley biło rekordy w najmniejszej liczbie traconych goli. W ubiegłych rozgrywkach w 46 spotkaniach dali sobie wbić tylko 16 goli. I to właśnie ta solidna defensywa miała być jednym z argumentów The Clarets w walce o utrzymanie w Premier League. Ponadto latem klub wydał prawie 130 milionów euro na transfery. I, mimo że nazwiska sprowadzanych zawodników nie powalały na kolana, to i tak do sezonu przystępowali ze znacznie mocniejszą kadrą. Jedynym osłabieniem względem poprzedniej kampanii była sprzedaż podstawowego bramkarza Jamesa Trafforda.
Burnley jest najsłabsze w lidze?
Mimo wszystko, to i tak nie wystarczyło, aby sprostać wymaganiom Premier League. Po 20 rozegranych kolejkach The Clarets mają w dorobku 12 punktów i do bezpiecznego miejsca tracą aż sześć. Gdyby ekipa Scotta Parkera utrzymała takie tempo punktowania (0,6 punktu na mecz) na koniec sezonu miałaby 23 „oczka”, co jest zdecydowanie zbyt słabym wynikiem, aby się utrzymać. Myśląc o pozostaniu w elicie The Clarets musieliby w drugiej połowie sezonu podkręcić tempo około dwukrotnie. Co gorsza, na ten moment nic nie wskazuje na to, aby Burnley odbiłlo się od dna i zaczęło regularnie zbierać punkty. Ostatnie zwycięstwo zespół z Turf Moor zanotował pod koniec października. Obecnie mają na koncie 11 kolejnych meczów bez wygranej, w których zdobyli tylko dwa „oczka”.
Oczywiście Burnley nie jest na ostatnim miejscu w tabeli, ponieważ pozycję tę okupuje Wolves. Wilki dotychczas zgromadziły dwa razy mniej punktów niż The Clarets i dopiero w sobotę odniosły pierwsze zwycięstwo w tym sezonie ligowym. Mimo wszystko, można się zastanawiać czy rzeczywiście są oni najsłabszą ekipą w lidze. Czy jednak to miano nie należy się drużynie Parkera. Według modelu xG (goli oczekiwanych) na stronie Understat Burnley zasłużyło na najmniej punktów (13,29). Co prawda, jest to i tak więcej niż mają w rzeczywistości, jednak i tak Wolves (19,89) oraz przedostatni w tej klasyfikacji West Ham (17,51) mają ten współczynnik znacznie wyższy. Burnley jest również zdecydowanie najgorsze pod względem różnicy goli oczekiwanych na mecz (-1,04; drugi najgorszy West Ham ma -0,68).
Niezasłużone zwycięstwa
Oczywiście różnie można podchodzić do tych statystyk. Model ten z pewnością nie jest idealny, jednak wiele klubów korzysta z tego typu danych i na ich podstawie podejmuje decyzje. Miejsce, w którym aktualnie znajdują się The Clarets nie jest więc przypadkowe. Na początku sezonu zespół Parkera punktował jeszcze w miarę nieźle. W pierwszych dziewięciu kolejkach odnieśli oni trzy zwycięstwa, pokonując na własnym stadionie dwóch pozostałych beniaminków oraz Wolverhampton. Niemniej jednak później okazało się, że wyniki te były nieco na wyrost.
Burnley po prostu wygrywało mecze, kiedy wcale na to nie zasługiwało. We wszystkich trzech spotkaniach, w których The Clarets zwyciężali, mieli niższy wskaźnik xG niż ich rywal. O ile przeciwko Sunderlandowi spotkanie było wyrównane (1 – 1,12 xG na korzyść Sunderlandu), tak zarówno Leeds, jak i Wolves były lepsze (0,51 – 2,33 xG przeciwko Leeds; 2,58 – 1,55 xG z Wolves). Oczywiście, zespół Parkera przegrywał też mecze, w których wcale nie był słabszy. Mimo wszystko trudno znaleźć jakiekolwiek spotkanie, w którym Burnley dominowało i było wyraźnie lepsze od rywala. Takie, w którym bez cienia wątpliwości zasłużyło na trzy punkty.
Brak stabilizacji
Znacznie więcej jest meczów, w których to rywal The Clarets jest lepszy i wygrywa bez problemów. Co prawda, w grudniu takich spotkań nie było, jednak już pierwszy mecz w 2026 roku – przegrany 0:2 z Brighton – jest tego przykładem. Burnley nie mierzyło się z zespołem z czołówki ligi, a jednak na boisku było widać różnicę kilku klas. Zespół Fabiana Hurzelera od początku do końca kontrolował to spotkanie i nie pozwolił ekipie z Turf Moor praktycznie na nic. Burnley nie tylko odstaje od większości drużyn jakością indywidualną, ale również nie potrafi wypracować przewagi kolektywnej.
Większość beniaminków, którzy osiągają dobre wyniki, zawdzięczają je głównie dobrej organizacji w grze i zespołowości. Aby po awansie skutecznie walczyć o utrzymanie, drużyna musi być czymś więcej niż sumą indywidualnych umiejętności poszczególnych piłkarzy. Jako że kadry beniaminków odstają jakością od reszty drużyn, należy szukać przewagi w innych elementach gry. Fizyczności, stałych fragmentach gry, dobrej organizacji bez piłki czy wypracowanych schematach.
Przykładem tego w obecnym sezonie są Sunderland oraz Leeds. Zarówno Regis Le Bris, jak i Daniel Farke trzymają się kilkunastu piłkarzy, którzy znają model gry i prezentują równy, solidny poziom. Tymczasem Scott Parker w przeciągu połowy sezonu nie zdołał wyklarować podstawowej jedenastki. Trener The Clarets co mecz dokonuje kilku zmian w składzie, szukając optymalnego zestawienia, co nie sprzyja wypracowaniu automatyzmów pomiędzy zawodnikami. Kadra Burnley odstaje poziomem od większości drużyn Premier League, więc ich aktualne miejsce nie może dziwić. Niemniej jednak Scott Parker nie sprawił, że zespół na boisku jest czymś więcej niż sumą indywidualnych umiejętności, przez co prawdopodobnie podzieli los ostatnich beniaminków.
