Mundiale mają to do siebie, że kibice mogą zobaczyć dość niecodzienne mecze. Ghana – Panama mógł się jawić jako kolejny pojedynek międzykontynentalny, który nasyci piłkarskich kibiców grą od bramki do bramki, zamiast chłodnej, taktycznej kalkulacji. Nadzieje były płonne, do przerwy obejrzeliśmy bowiem ledwie trzy strzały. Po niej też wiele lepiej nie było.
Może skupmy się jednak na tym, co w tym pojedynku ciekawe. Uwagę kibica polskiej Ekstraklasy z pewnością mogło przykuć nazwisko bramkarza afrykańskiej reprezentacji. Lawrence Ati Zigi wyróżnił się bowiem niegdyś w meczu eliminacyjnym europejskich pucharów, gdy jego St. Gallen zmierzyło się we Wrocławiu ze Śląskiem Wrocław. Na mundialu 29-letni golkiper zdawał się pokazywać to samo, co tamtego wieczora – efektowne interwencje, nawet gdy sytuacja tego nie wymagała. Już na samym początku Ati Zigi został przetestowany przez Cecilio Watermana i nie dał się zaskoczyć. Później królował w przestrzeni powietrznej, choć parę razy skończył poturbowany. Przy którymś z rzędu fikołku poobijał się na tyle mocno, że na drugą połowę nie wyszedł.
Panama grała, Ghana się przyglądała
To samo – tyle że o całym meczu – można powiedzieć ogólnie o jego kolegach z drużyny. Grać to grała Panama. Ghana była na boisku. Biernie przesuwała, przeszkadzała przeciwnikowi, ale nie pokazała nic ciekawego. Kwestią kluczową mogły być opady deszczu, które po raz pierwszy zaszczyciły nas na tych mistrzostwach. Wszak to kraj z Ameryki Środkowej leży w okolicach równika, a więc opadów jest tam znacznie więcej.
Panama bawiła się świetnie. Korzystając z braku jakiegokolwiek doskoku, piłkarze Thomasa Christiansena z dużym spokojem rozgrywali sobie piłkę od defensywy, by w odpowiednim momencie długim podaniem rozpocząć akcję ofensywną. Adresatem najczęściej był Waterman, zaś rozwiązaniem wybieranym do finalizowania akcji dośrodkowanie. Większość z wrzutek padała jednak łupem właśnie Zigiego lub jego kolegów z drużyny.
Deszcz ewidentnie przeszkadzał Antoine’owi Semenyo, bo piłkarz Manchesteru City był jakby nieobecny. Stał gdzieś przy linii bocznej, w grę ofensywną się nie angażował. Ghana nie miała z niego żadnego pożytku. Plus taki, że federacja przy powołaniu nie musiała płacić ponad 72 milionów za jego usługi. Byłyby to najgorzej wydane pieniądze w historii. Zmarnowanej sytuacji sam na sam z dobroci serca mu nie policzymy, bo i tak był spalony.
Po przerwie może i Ghana coś tam ruszyła w ofensywie. Była nawet w miarę blisko zdobycia gola, gdy Jordana Ayew uprzedzał defensor już w polu karnym. W samej końcówce Semenyo uratował swoje dobre imię i zaliczył asystę do Caleba Yirenkyi’ego. Niemniej jednak nie odwołam swoich słów – piłkarz Obywateli wyglądał fatalnie. Na koniec możemy tylko podziękować obu drużynom za najnudniejszy mecz tych mistrzostw. Lepiej było odznaczyć mecz na checkliście i iść na drzemkę. Oby jak najmniej takich „widowisk”.


