Tomasz Kaczmarek przejął Raków Częstochowa i od razu wygrał z Motorem Lublin (2:1). Mówi się jednak, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a więc nowy trener Medalików musiał udowodnić, że jego ręka będzie widoczna w grze drużyny. Do Częstochowy w ramach zaległego meczu z 3. kolejki przyjechało Zagłębie Lubin i wygrał po golu w 103. minucie. Coś niesamowitego.
Drużyna Leszka Ojrzyńskiego swoją grą nikogo w Polsce nie zaskakuje. Praktycznie w każdym meczu planem jest oddanie inicjatywy, walka fizyczna i zdobycie gola po jakimś stałym fragmencie. Albo liczenie, że Marcel Reguła wymyśli coś przebojowego. Raków Częstochowa oczywiście musiał o tym wiedzieć, bo to jest wiedza powszechna. Od początku meczu nie było jednak widać w poczynaniach gospodarzy pomysłu, jak przebić się przez dwie szczelnie ustawione linie. Łatwiej by się pewnie tworzyło sytuacje, gdyby Tomasz Pieńko i Jean Carlos próbowali więcej grać jeden na jeden. Brazylijczyk nie podejmował pojedynków, natomiast Polak nie mógł sobie poradzić z ograniem Igora Orlikowskiego.
Pieńko wyglądał trochę na hamulcowego, który jak grał, to do tyłu, a jak próbował czegoś innego, to niecelnie. Fran Tudor natomiast szybko złapał żółtą kartkę i nie można już było wychodzić wyżej. Wbrew pozorom najwięcej dobrego przyniosła kontuzja Vladyslava Kochergina, dzięki czemu na boisku zameldował się dość ruchliwy Karol Struski. Pomaga też ofensywne wejścia Stratosa Svarnasa – Grek swoim prowadzeniem piłki zdobywał przestrzeń i łamał schemat. Zlatan Alomerović był praktycznie bezrobotny, ale nie udało mu się zachować czystego konta do przerwy. Pieńko uruchomił Mahira Emreliego, ten zacentrował w pole karne i pechowa interwencja Romana Yakuby spowodowała, że Marko Bulat zdołał wykończyć akcję strzałem głową. Rakowowi się upiekło, bo wygrywał mimo naprawdę przeciętnej postawy.
Spokój? To nie w Częstochowie
Prowadzenie spowodowało, że Miedziowi po prostu musieli wyjść wyżej. Dzięki temu Częstochowianie mogli rozłożyć ofensywne skrzydła i szukać gola na 2:0. Raz Pieńko dobrze uruchomił Emreliego, głową próbował z bliska Makuch, a Azer nawet trafił do bramki (sędzia Daniel Stefański odwołał gola przez pozycję spaloną). Nie chciało się wierzyć, że Raków jakoś wypuści to zwycięstwo. Na chwilę przed 70. minutą cała sytuacja zaczęła się jednak psuć. Najpierw Michalis Kosidis groźnie znalazł się tuż przed bramką bez żadnego krycia. Kacper Trelowski dał radę odbić strzał Greka, natomiast chwilę później już skapitulował. Szpicem buta po wrzutce z rzutu różnego i zgraniu Yakuby trafił Michał Nalepa. Analiza VAR nie anulowała gola, choć wydawało się, że Ukrainiec gdzieś po drodze dotknął piłkę ręką).
Drużyna Tomasza Kaczmarka została wybita z uderzenia, żeby chwilę później napytała sobie więcej biedy. Konkretnie zrobił to Fran Tudor – zła decyzja, faul i wycieczka pod prysznic. Raków grał jednego mniej, Emreli podał piłkę pod nogi Marcelowi Regule, a młodzieżowy reprezentant Polski nie pomylił się w sytuacji sam na sam z Trelowskim.
Na placu gry robiło się coraz goręcej, Częstochowianie ruszyli do oblężenia pola karnego Lubinian, a Tudorowi w głupocie wyzwanie rzucił Kosidis. Wpuszczony na boisko napastnik źle obliczył tor lotu piłki, więc zamiast ją kopnąć – jak pierwotnie zamierzał – to odbił futbolówkę ręką. Potrzebna była powtórka, ale po obejrzeniu jej sędzia nie wahał się i wskazał na wapno. Patryk Makuch uderzył po ziemi i na tyle dobrze, że Alomerović nie zdołał jej sięgnąć. Nie mieliśmy jednak bronienia korzystnego wyniku – Zagłębie miało chrapkę na komplet oczek. Kluczem ponownie okazał się Yakuba. Centra lewą nogą, a w polu karnym znalazł się Damian Michalski i niepilnowany z bliska trafił do siatki. Akcja ze 103. minuty decyduje o tym, że trzy punkty jadą na Dolny Śląsk.



