Lech Poznań w trwających rozgrywkach przegrał zaledwie jeden mecz, a dwa zremisował. Z ligowo-pucharową gorączką radzi sobie doskonale. Wygrana z Rakowem Częstochowa wydłużyła ekstraklasową serię zwycięstw do 5 meczów. Była ona jednocześnie kolejnym spotkaniem, w którym zaprezentował, jaką siłą dysponuje.
Gdyby ktoś powiedział mi przed sezonem, że Lechici zanotują takie wejście w sezon, popukałbym się w czoło. Bo takie dwumecze, jak z Aarhus GF zdarzają się raz na milion. Bo tego rodzaju początki, jak ten w Ekstraklasie, również notuje się bardzo rzadko. Z Kolejorzem nigdy nie było nudno, ale obecny czas to coś wyjątkowego. Epokowego. W dużej mierze odpowiada za to Niels Frederiksen i jego sztab, który przez minione dwa sezony nabrał odpowiedniego doświadczenia.
– Odnieśliśmy piąte zwycięstwo z rzędu w lidze. To nieczęsto dzieje się w Ekstraklasie, w której zazwyczaj trudno wygrywać – skomentował pokonanie Rakowa Częstochowa duński szkoleniowiec.
Lech Poznań ciężko pracuje i to popłaca
Wyciągnięcie wniosków z poprzednich dwóch kampanii ligowych procentuje w tym momencie. Starcie z Rakowem, mimo że jest to zespół rozstrojony, utwierdza w przekonaniu, że poznański klub mocno wyprzedził ligową stawkę. Choć nie wszystko funkcjonowało w ostatnich spotkaniach idealnie – nieco do życzenia pozostawiały pierwsze połowy – to gdy ten wejdzie na odpowiednie obroty, rywale muszą mierzyć się z huraganem.
– Według mnie to nie tak, że w każdym naszym meczu pierwsze połowy są fatalne, a drugie znacznie lepsze. Tak było w przypadku dwóch ostatnich gier, co nie zmienia faktu, że nie zaobserwowałem takiej tendencji w dłuższym okresie. Pewnym wyjaśnieniem jest, że czasem zawodnicy, po trudnym meczu jak w czwartek, potrzebują więcej czasu na wejście na odpowiednie obroty. Oczywiście od tego jest również rozgrzewka, ale wpasowanie się w realia meczowe też wymaga niekiedy więcej czasu – wyjaśnił duński trener.
Nie ma w Ekstraklasie zespołu, który potrafiłby wejść na taki poziom intensywności, łącząc to też z odpowiednią dozą czysto piłkarskiego talentu. A tej Lech Poznań ma od groma. Nawet jeśli Luis Palma i Allahyar Sayyadmanesh przechodzą obok rywalizacji tak, jak z Medalikami, to w zanadrzu są jeszcze gracze pokroju Patrika Walemarka, czy Leo Bengtssona. Pierwszy udowodnił, ile znaczy dla niego bycie w formie – po wejściu na boisko niemiłosiernie kręcił defensorami, a także mijał ich z jakby dziecinną łatwością. Drugi nie oferuje takiej spektakularności, ale jest regularny.
W mechanizmie takiej ofensywnej machiny, która w tym sezonie zdobyła już 34 bramki w 13 meczach (2,62 gola na spotkanie), problemem wcale nie jest Joel Pereira. Przez jego słabsze występy oraz doskonale znane już w Poznaniu braki w grze defensywnej sugerowano, żeby dać szansę Robertowi Gumnemu. Frederiksen ceni jednak walory ofensywne Portugalczyka, czym tłumaczył konsekwentne stawianie na niego. To się spłaca, bo gros zagrożenia dla Medalików płynęło właśnie ze strony prawego obrońcy (aż 7 kluczowych podań!).
Sztab Lecha Poznań trzyma pieczę na wielu płaszczyznach
W Kolejorzu rękę trenerów widać nie tylko po boiskowej postawie, ale też po podejmowanych decyzjach. Uwidoczniło się to między innymi już rok temu, kiedy Timothy Ouma jeszcze w pierwszej części gry zakończył występ z Lechią Gdańsk. To rzecz jasna skrajny przypadek, bo Kenijczyk grał fatalnie, Mateusz Skrzypczak bowiem przeciwko Częstochowianom nie grał tak źle. Jego zmiana już w połowie starcia wynikała tylko i wyłącznie z taktyki.
– Zdjęliśmy Skrzypczaka, bo miał na koncie żółtą kartkę. Napomnienie otrzymał też Gurgul i uznaliśmy, że dwa żółte kartoniki w linii obrony to za dużo. Mimo to Mateusz prezentował się dobrze do przerwy – wyjaśnił Frederiksen.
Ta elastyczność dotyczyła też sytuacji Yannicka Agnero. Iworyjczyk miał otrzymać nieco mniej minut na boisku. Sztab zdecydował się go zostawić na odrobinę dłużej i po części była to właściwa decyzja. Napastnik w końcu doszedł do sytuacji – problem w tym, że nie potrafił ich wykończyć. Natomiast to już nie zależało od trenerów.
– Wiem, że wyglądało to tak, jakbym zmienił Yannicka z powodu niewykorzystanej okazji, ale nie o to chodziło. Zgodnie z planem miał zagrać 45 minut – drugie 45 minut chcieliśmy dać Ishakowi. Yannick w ostatnim czasie grał sporo, a z kolei musimy również wprowadzić Ishaka po kontuzji. Uznaliśmy jednak, że do przerwy Yannick grał dobrze i zespół działał z nim nieźle. Postanowiliśmy wydłużyć jego występ o 10 minut – wytłumaczył Duńczyk.
Pewnie trener był nieco wspierający w swojej wypowiedzi, bo trudno nie zauważyć, że forma Agnero faluje. Z Rakowem niezbyt znajdował się pod grą, bo zanotował 18 kontaktów z piłką, a prób podań miał zaledwie 4 (i tylko jedno było celne). Przynajmniej dochodzi do sytuacji bramkowych – to ponoć dla napastnika najważniejszem, nawet jeśli ich nie wykorzystuje.
Wiadomo, że trenerzy nie zawsze będą mieć rację. Na pewno dojdzie do błędnych postanowień. To nieodłączna część futbolu. Trzeba zauważyć, że praca szkoleniowca opiera się jednak na dokonywaniu wyborów. Tych w Lechu Poznań dokonują rozważnie, ale z wiarą, że konkretne decyzje przyniosą korzyść.



