Śmierdziało tym remisem na kilometr. Cracovia za kadencji Bartosza Grzelaka zaliczyła właśnie szósty z rzędu mecz, który zakończył się podziałem punktów. Pięć poprzednich rozegrała jeszcze w poprzednim sezonie, a teraz przedłużyła swoją passę. Natomiast akuratz takim rywalem, jak Lech Poznań, zremisować to nie wstyd. Krakowianie świetnie przygotowali się na podjęcie się walki z ofensywną maszyną Nielsa Frederiksena, znacznie ograniczając jej atuty.
Ostatnimi goleadami z Górnikiem Zabrze oraz Aarhus GF Kolejorz przyzwyczaił nas do nieco innej gry. Miał w sobie sporo błysku i polotu. Rywalom trudno było za nim nadążyć. Działał jak sprawnie funkcjonująca maszyna, której wszystkie części są w perfekcyjnym stanie.
Tym razem jednak brakowało mu duszy. Długo klepał piłkę, szukając jakichkolwiek luk w formacji Cracovii, ale nie potrafił ich znaleźć. Leo Bengtsson, Patrik Walemark oraz obiegający tą dwójkę Michał Gurgul i Robert Gumny próbowali nadać atakom szerokości, ale i na to przygotowani byli przyjezdni. Najgroźniej pod bramką Pasów zrobiło się po uderzeniach Antoniego Kozubala oraz Leo Bengtssona. Pierwszy strzelił z dystansu, drugi miał dwie próby – jedną po rzucie rożnym, a następną po próbie z dalszej odległości (którą starał się dobić Ishak).
Krakowianie w gruncie rzeczy zmienili formację na tę z czwórką obrońców, ale gdy się bronili, często ustawiali się piątką z tyłu. Do defensywy zazwyczaj schodził wtedy Martin Minchev (a później Vincent Burlet), co dawało odpowiednie rezultaty. Jednocześnie zespół Bartosza Grzelaka ryglował środek pola, wiedząc, że to tam Lechici są najgroźniejsi. W efekcie ta strefa została praktycznie wyłąćzona. Natomiast ataki gości ograniczały się raczej do kontrataków. Wiele z nich skasował Terry Yegbe, natomiast raz tylko ofiarna interwencja Kozubala uchroniła Lecha od straty gola.
Taki obraz rywalizacji trwał bardzo długo, także przez sporą część drugiej połowy, w której działo się jeszcze mniej niż przed przerwą. Zachwiać równowagą sił, bo tak trzeba nazwać to spotkanie, w którym wszystko właściwie się balansowało, mogła czerwona kartka dla Mateusza Lisa. Według sędziego bramkarz Kolejorza złapał piłkę poza polem karnym. Weryfikacja VAR jednak pokazała, że było inaczej, więc piłkarz z Poznania mógł kontynuować grę.
Wszystko zaczęło się rozkręcać w okolicach 70. minuty, kiedy wkomponować w warunki zdołali się zmiennicy Kolejorza. Trener Frederiksen spróbował rozruszać drużynę poprzez wpuszczenie Luisa Palmy, Joela Pereiry oraz Radosława Murawskiego. Spotkanie się zdynamizowało. Obie drużyny próbowały wykorzystać przestrzeń, ale problemem była skuteczność. Lecha zatrzymywał dodatkowo świetnie dysponowany Sebastian Madejski.
Inauguracja sezonu w Poznaniu więc nie miała swojej puenty. Nikt raczej nie będzie zadowolony tylko z remisu, lecz nikt nie będzie też szczególnie rozczarowany. W końcu remis to całkiem adekwatny wynik dla tak zwanego ,,meczu przyjaźni”.



