Wielkie emocje i wielki niedosyt. Raport po MŚ w koszykówce 3×3

Na pierwszy dzień mistrzostw świata w koszykówce 3×3, rozgrywanych w zeszłym tygodniu, przyszedłem jako laik. Oczywiście znałem zasady gry, od czasu do czasu oglądałem też mecze w Internecie czy sam grywałem w tę odmianę basketu. Nie byłem jednak wielkim miłośnikiem sportu, który był dla mnie tylko jedną z wielu olimpijskich atrakcji i dyscypliną raczej obojętną. Zachęcił mnie sam fakt rozgrywania turnieju w Warszawie, wszechobecne reklamy w stołecznej komunikacji miejskiej i zwykła ludzka ciekawość. Po całym turnieju mogę z przekonaniem powiedzieć, że w streetballu, jak bywa nazywana koszykówka 3×3, po prostu się zakochałem. Dynamika gry, wiele meczów rozstrzygających się w ostatnich akcjach i niesamowita otoczka zawodów to jedne z wielu powodów tego zauroczenia. Chodzi w nim zresztą nie tylko o walory samej dyscypliny, ale i organizację turnieju. Niemal pod każdym względem mogła się ona podobać, a liczba wpadek czy logistycznych błędów była naprawdę niewielka.

Turniej dla każdego

Osoby odpowiedzialne za przygotowanie wydarzenia naprawdę spisały się na medal. Dzięki temu cały event cieszył się sporym zainteresowaniem medialnym, a wydzielona na jego potrzeby przestrzeń przy Pałacu Kultury i Nauki wciąż była pełna kibiców. To zasługa nie tylko fantastycznej lokalizacji przy stacji metra i w ścisłym centrum miasta, lecz także kilku innych istotnych czynników. Po pierwsze, turniej był bardzo inkluzywny pod względem finansowym. Poranne sesje rozgrywek grupowych można było oglądać całkowicie za darmo. Dzięki temu nawet podczas niezbyt atrakcyjnych meczów rozgrywanych wczesnym przedpołudniem w dni powszednie trybuny nie świeciły pustkami.

REKLAMA

Wiadomo jednak, że większym zainteresowaniem – z racji meczów Polaków, godzin wieczornych oraz wyższej stawki w fazie pucharowej – cieszyły się sesje biletowane. I tu jednak zawody nie były tylko rozrywką dla najbogatszych: basket na najwyższym poziomie można było obserwować za kilkadziesiąt złotych. To tym bardziej niewiele, jako że bilet uprawniał do obecności na całej sesji gier, a te trwały dobrych kilka godzin. W tym czasie można było zresztą swobodnie poruszać się po całej strefie turniejowej i skorzystać z obecnych tam atrakcji. Miłośnicy fotograficznych pamiątek, fani foodtrucków, a także ludzie korzystający z ogólnodostępnej wody pitnej mogli być zadowoleni. Wreszcie, nawet jeśli ktoś biletów nie zdobył, mógł cieszyć się atmosferą turnieju z pobliskiej strefy kibica, w której mecze transmitowane były na żywo.

Deszcz zaskoczył organizatorów…

Wszystkie dotychczasowe pochwały nie oznaczają jednak, że cały turniej odbył się bez jakichkolwiek komplikacji czy negatywnych zaskoczeń. Jedną z nich był nie do końca przemyślany system biletowy. Zmuszał fanów do przechodzenia całego miasteczka, by wymienić dokument na opaskę, której posiadania wymagali ochroniarze. Niejasne komunikaty w tej sprawie, tworzenie się kolejek i chaotyczne krążenie zagubionych kibiców to sygnały, że nie wszystko zadziałało wzorowo.

Poza tym, FIBA i Polski Związek Koszykówki najwyraźniej zapomniały, że w Polsce nie zawsze świeci Słońce… W ciągu tygodniowego turnieju kilka razy padał deszcz, a płachta osłaniająca boisko była na tyle niewielka, że większość krzesełek dla fanów pozostawała narażona na opady. Ci wyciągali parasole (zasłaniając widok innym, siedzącym wyżej) albo po prostu uciekali z trybun i szukali schronienia gdzie indziej. Część decydowała się na jeszcze inne rozwiązanie – schodziła w dolne, suche sektory i siadała na schodkach czy stała w przejściach. Jak mogłoby to wpłynąć na bezpieczeństwo ewentualnej ewakuacji, a także po prostu na komfort fanów? Tego chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba. Pod tym względem turniej niestety nie zdał egzaminu, a gdyby pogoda była gorsza, to mogłoby się to okazać naprawdę uciążliwe.

Oszczędny dach dawał się zresztą we znaki również zawodnikom, których bezpieczeństwo momentami było narażone. Kropelki wody przenoszone przez wiatr dostawały się bowiem także w okolice kosza, a reprezentanci państw z całego świata ślizgali się na nich, zamiast skupić się na rywalizacji o boiskowe punkty.

Nic dziwnego, że było głośno…

Niektórzy krytycy mistrzostw skarżyli się też na hałas doskwierający mieszkańcom okolicznych obszarów. Ten argument wydaje się jednak nieco bezzasadny – w końcu każde wydarzenie sportowe zawsze generuje pewne odgłosy, krzyki czy muzykę. Idąc tym tropem powinno się też zamknąć Stadion Narodowy, nie mówiąc już o wszystkich klubach czy dyskotekach. Zmagania nie trwały też do późnych godzin nocnych, więc życie mieszkańców chyba nie zostało aż tak bardzo utrudnione. Pewien poziom dyskomfortu jest też naturalną konsekwencją mieszkania w centrum miasta, którą obok mnóstwa zalet po prostu trzeba zaakceptować.

Show w amerykańskim stylu!

Wszelkie niedociągnięcia można jednak wybaczyć, zwłaszcza mając na uwadze wspaniałą atmosferę towarzyszącą całości zmagań. Udało się ją wykreować nie tylko za sprawą wysokiej wartości sportowej mistrzostw, lecz również w związku z wpleceniem w ich program wielu wydarzeń towarzyszących. Efekt był taki, że przerwy w grze nigdy nie były powodem do nudy. Wiązały się one z wieloma konkursami, zabawami, a także pokazami. W czasie turnieju występowały chociażby cheerleaderki, zespół perkusyjny, freestylowiec jeżdżący na BMX-ie czy tancerze. Najbardziej widowiskowym uświetnieniem turnieju był chyba konkurs wsadów, podczas których słynny Piotr „Grabo” Grabowski i inni dunkerzy dokonywali cudów. Tak trzeba nazwać wsady połączone z przeskoczeniem 6 osób na raz, obrotami w powietrzu czy przekładaniem piłki pod nogą.

Średniowieczne myślenie o koszykówce 3×3

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie tragiczne występy reprezentacji Polski, zarówno tej męskiej, jak i kobiecej. Obie nasze ekipy zakończyły swój udział już na fazie grupowej, a zespół panów nie wygrał ani jednego meczu. To po prostu kompromitacja, której przyczyn można doszukiwać się przede wszystkim w archaicznej mentalności obecnej w Polsce. Nasze kadry budowane były bowiem z osób, które na co dzień grają w tradycyjną koszykówkę, a ich związek z odmianą 3×3 jest raczej okazjonalny. Wyjątek stanowi Przemysław Zamojski, ale on sam kadry nie pociągnie. Taka strategia po prostu nie ma przyszłości, bo grę 5×5 od tej 3×3 dzieli bardzo, bardzo wiele. To trochę tak, jakby Lewisa Hamiltona wsadzić na motor, Idze Świątek wręczyć paletkę pingpongową, Roberta Lewandowskiego postawić na bramce, a Dawidowi Kubackiemu kazać zasuwać na biegówkach. Żaden z nich sukcesu by nie osiągnął (i nic dziwnego), a w koszu liczy się na medale stosując podobną strategię.

To marzenie nie ma szans na realizację, więc zamiast naszych drużyn z najwyższych miejsc na mistrzostwach cieszyli się inni. W turnieju mężczyzn najlepsza okazała się Łotwa, a wielką trójkę domykały Niemcy i Serbia. Znacznie mniej europejski był skład podium pań. Złoto powędrowało do Stanów Zjednoczonych, srebro zgarnęły Australijki, a honor Starego Kontynentu uratowała Holandia. Wśród innych drużyn warto wyróżnić największe niespodzianki, którymi były Azerbejdżan (u pań) i Madagaskar (u panów). Pierwsza z tych drużyn zajęła czwarte miejsce, po drodze pokonując faworyzowane Niemki, Polki i Czeszki. Z kolei druga sensacyjnie wyszła z grupy, choć przez ekspertów i bukmacherów skazywana była na komplet porażek. Swoją grą udowodniła jednak, że zamiast skupiać się na statystykach i przewidywaniach, trzeba po prostu przychodzić na mecze i cieszyć się nimi. Ja również zachęcam do tego podczas turniejów koszykówki 3×3 w przyszłości – naprawdę warto!

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    Droga na Mundial - książka Mistrzów Polski

    48 reprezentacji. 48 historii. 300 stron autorskich analiz, felietonów i anegdot.

    Przeczytaj o naszej książce →

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ