A co by było, gdyby nie Wojtek Szczęsny?

Reprezentacja Polski mimo porażki z Argentyną awansowała do 1/8 finału dzięki lepszej różnicy bramek od Meksyku. Nasz kraj po raz pierwszy przeszedł fazę grupową na mundialu od 1986 roku i – obok ćwierćfinału EURO 2016 – odniósł największy sukces w XXI wieku. Mimo wszystkich pozytywnych informacji nastroje wśród kibiców są podzielone. Wynik ten w dużej mierze zawdzięczamy szczęściu i naszemu bramkarzowi. Gdyby nie Wojtek Szczęsny – dziś pewnie pakowalibyśmy walizki.

Wojciech Szczęsny w kadrze był niespełniony

EURO 2012 – czerwona kartka w meczu otwarcia z Grecją. Mistrzostwa Świata w Rosji – współudział przy komicznej drugiej bramce dla Senegalu. Ubiegłoroczne Mistrzostwa Europy? Samobój w meczu ze Słowacją (choć bardzo pechowy), ale też ogólnie brak interwencji, które pomagałyby zespołowi. Nawet na jedynym udanym turnieju w pierwszym meczu złapał kontuzję i miejsce między słupkami zajął Łukasz Fabiański. Wojciech Szczęsny w kadrze zawsze był niespełniony. Do teraz. Awans do 1/8 finału to przede wszystkim jego zasługa.

W meczu z Arabią Saudyjską i Argentyną Wojciech Szczęsny obronił rzut karny. Tym samym został trzecim bramkarzem, który zatrzymał dwie jedenastki podczas jednego mundialu w historii MŚ (jako pierwszy tej sztuki dokonał również Polak – Jan Tomaszewski w 1974). Oczywiście, jedenastkę z Argentyną sam sprokurował, ale – po pierwsze – chyba wszyscy zgodzimy się, że faul był mocno naciągany, a po drugie – wygrać pojedynek nerwów z Messim (mimo, że Argentyńczyk nie strzela karnych bardzo dobrze) w takim momencie to duża sztuka. Co ważniejsze, obronione jedenastki nie były dla Szczęsnego jedynie momentami. On przez pełne 270 minut rozegranych podczas mundialu grał fantastycznie. 18 obronionych strzałów w 3 meczach, z czego aż 14 z obrębu pola karnego, do tego rozpoczęcie dokładnym dalekim podaniem akcji bramkowej z Arabią Saudyjską. Nic tylko podziękować i wybaczyć wszystkie błędy z przeszłości.

źródło: TVP Sport/Twitter

Mimo, że Łukasz Fabiański zakończył już karierę reprezentacyjną to głosów sugerujących posadzenie Szczęsnego na ławce w reprezentacji nie brakowało. Nawet po wypowiedzi Wojtka dla TVP Sport, w której powiedział wprost, że zakładają porażkę z Argentyną internauci chcieli odstawić go na boczny tor za takie nastawienie. Minionym tygodniem bramkarz Juventusu zamknął wszelkie dyskusje na ten temat.

Szczęsny zamknął jedną dyskusję, otworzy drugą?

Mimo, że debata na temat pierwszego bramkarza w kadrze została prawdopodobnie zamknięta to postawa Szczęsnego powinna otworzyć nową dyskusję, a mianowicie: co by było gdyby nie jego fenomenalna postawa? Szczerze mówiąc – myślę, że nie tylko nie wyszlibyśmy z grupy, ale moglibyśmy nawet zagrać turniej w typowym dla nas stylu w XXI wieku. Szczęsny zamazał trochę obraz tej kadry, która wyjeżdżałaby z Kataru w podobnym stylu, jak 4 lata wcześniej z Rosji – jako jedno z większych rozczarowań tego turnieju (pod względem stylu gry, nie liczby zdobytych punktów). Według portalu FB Ref Szczęsny na obecnym mundialu uchronił zespół przed 3,6 golami, a zgodnie z wyliczeniami WyScouta – nawet 4,9.

Zakładając więc, że Wojtek broniłby na swoim optymalnym poziomie ciężko wyobrazić sobie, że nadal bylibyśmy w grze o Mistrzostwo Świata. Jeśli pójdziemy w jeszcze bardziej pesymistyczny scenariusz kierując się formą Szczęsnego z wielkich turniejów reprezentacyjncych, gdzie dotychczas zawsze coś sknocił (przykładowo na zeszłorocznym EURO miał skuteczność interwencji zaledwie 50% i „zawalił” zespołowi 0,7 gola) dziś wszyscy zastanawialibyśmy się nad dalszym losem polskiej piłki. Bo patrząc na naszą grę – są powody, aby to robić. Zwłaszcza po meczu z Argentyną, który – mimo porażki w fatalnym stylu – mogliśmy świętować.

Po najniższy wymiar kary

Oglądając vlogi na kanale Youtube Łączy Nas Piłka można zauważyć, że Czesław Michniewicz często powtarza swoim zawodnikom, iż są w stanie wygrać ten mecz, ale muszą to zrobić sposobem. – Nastawiając się na bronienie nie mamy szans na dobry wynik. Musimy odbierać piłkę wysoko pressingiem, przeprowadzać ataki pozycyjne, szybkie kontry – mówił Czesław Michniewicz przed meczem z Argentyną dla „Interii” uchylając rąbka tajemnicy, jaki sposób ma być na Messiego i spółkę. O ile w początkowej fazie meczu można było zauważyć próby takiej gry, tak z czasem przeszliśmy do głębokiej obrony. Oczywiście, można grać defensywie, ale jeśli taka taktyka przekłada się na coś konkretnego. Skutecznie neutralizuje rywala i pozwala wyprowadzać ciosy. W naszym przypadku było to jednak bronienie rozpaczliwe. Argentyna oddała 23 strzały i stworzyła sobie okazje warte 3,5 xG (gole oczekiwane), co jest najwyższym wynikiem dla tego kraju na MŚ odkąd Opta zbiera takie dane (1966 rok).

Kiedy weżmiemy pod uwagę, że Argentyna po strzeleniu drugiego gola grała na stojąco wygląda to jeszcze bardziej przygnębiająco. Pewnym czynnikiem usprawiedliwiającym postawę biało-czerwonych jest klasyfikacja fair-play, która nagle mogła zadecydować o awansie z grupy. Przez większość czasu w drugiej połowie piłkarze musieli pilnować się, aby przypadkiem nie dostać żółtej kartki, co w zasadzie eliminuje możliwość agresywnej gry. Ostatnią próbę odbioru w szeregach zespołu Michniewicza podjął Damian Szymański w 66. (!) minucie, tuż przed bramką Juliana Alvareza na 2:0. Przez następne pół godziny nikt nie nawet nie spróbował przejąć piłki wchodząc z rywalem w pojedynek.

W przypadku takiej różnicy pomiędzy dwoma zespołami często mówi się, że jedna strona czekała tylko na najniższy wymiar kary. W naszym przypadku takie stwierdzenie jest jak najbardziej prawdziwe. Przez ostatnie pół godziny tylko modliliśmy się, aby Argentyńczykom przypadkiem nie zachciało się podkręcić tempa. Bo gdyby to zrobili – spokojnie umieściliby piłkę w siatce po raz trzeci.

Michniewicz to trener, który… ma szczęście

Czesławowi Michniewiczowi jedno trzeba jednak oddać – cel na ten mundial zrealizował. Wojciech Szczęsny mówiąc, że zakładają porażkę z Argentyną po prostu źle dobrał słowa. Sam selekcjoner sugerował, że z Meksykiem i Arabią muszą zagrać tak, jakby w ostatnim meczu nie zdobyli żadnych punktów. Planem minimum było więc uniknięcie porażki z Meksykiem i pokonanie Arabii Saudyjskiej. Udało się? Udało się. A styl? No cóż, pozostawia wątpliwości, aczkolwiek wielki turniej to nie jest odpowiedni moment nad dyskusjami na ten temat. Tu liczy się tylko wynik. Czas na debatę nad stylem gry był przed Mistrzostwami Świata. Kiedy jednak Paulo Sousa opuścił okręt jasne stało się, że potrzeba doraźnego lekarstwa. Michniewicz wygrał baraż ze Szwecją i jasne stało się, że do Kataru nie pojedziemy ładnie grać w piłkę.

Z drugiej strony, nie można dziwić się głosom, że pomiędzy ofensywnym stylem gry, a tym, co prezentujemy jest jeszcze coś pomiędzy, a wyjście z grupy zawdzięczamy w dużym stopniu szczęściu. Mówi się, że szczęście trzeba sobie umieć zorganizować i – jeśli to prawda – kariera Michniewicza pokazuje, że on potrafi to zrobić, jak mało kto. Bo los mu po prostu sprzyja. W dwustopniowym barażu o bilet do Kataru wystarczył tylko jeden mecz, aby go wywalczyć, a awans z grupy zapewniła lepsza różnica goli (o jedno trafienie, a było blisko, żeby zadecydowała o tym klasyfikacja fair-play). Ponadto bramkarz, czyli zawodnik, na którego trener ma najmniejszy wpływ (nie zerowy, ale najmniejszy) rozgrywa turniej życia. Jak nie spojrzeć na ten sukces – szczęście odegrało w tym wszystkim ważną rolę.

Na pomeczowej konferencji prasowej Czesław Michniewicz użył słów, że „ktoś nad nami czuwał i gramy dalej”. Dotychczasowa kadencja obecnego selekcjonera właśnie tak wygląda. Gra się nie poprawiła, ale wyniki – już tak. Bo ktoś nad nami ciągle czuwa.

REKLAMA
Paweł
Paweł
W szeregach Mistrzów od czerwca 2019. Najczęściej piszę o Premier League, ale od czasu do czasu staram się też podejmować inne tematy. Fan Arsenalu. Burnley - Watford to najlepszy sposób na spędzenie piątkowego wieczoru.
PODOBNE
REKLAMA
105,349FaniLubię
10,504ObserwującyObserwuj
583ObserwującyObserwuj

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ