Wisła Kraków wraca do Ekstraklasy z przytupem!

Na ten dzień Wisła Kraków czekała ponad 4 lata. Po tak długim czasie próby powrotu do PKO BP Ekstraklasy i rozczarowań w barażach, Krakowianie wreszcie dopięli swego. Play-offy ewidentnie im nie sprzyjały, zatem przeszli inną, przynoszącą więcej satysfakcji ścieżką – poprzez awans bezpośredni. W Betclic 1. Lidze podopieczni Mariusza Jopa zdeklasowali resztę stawki. Poziom wyżej tak dobrze najpewniej nie będzie, ale na pewno stać ich na dobry wynik. Podobnie jak ich dzisiejszych rywali, reprezentantów Polski w Europie – GKS Katowice. Na Słowacji nieudanie rozpoczął walkę o Ligę Konferencji, ale w Ekstraklasie dotychczas radził sobie lepiej. Katowiczanie nie przegrali żadnego z 8 spotkań ligowych.

Z dużej chmury mały deszcz

Mecz rozpoczął się z lekkim opóźnieniem, a z nieco większym pojawiły się pierwsze okazałe akcje. Choć obu drużynom trzeba oddać, że energii na boisku im nie brakowało. Pierwszy strzał dla Wisły oddał Jakub Krzyżanowski, ale kompletnie mu nie wyszło. Lepiej na początku radził sobie GKS Katowice. W 8. minucie Kacper Łukasiak wyczekał odpowiedni moment na podanie do Bartosza Nowaka, a gwiazda minionego sezonu uderzyła. Górą był jednak Marcel Łubik. Chwilę później dobrą piłke dostał Eman Marković i Norwega powstrzymała jeszcze lepsza interwencja bramkarza. Przelewki dla Wisły się skończyły, a pierwszy kwadrans to potwierdzał. Boiskowo lepiej radziła sobie GieKSa i tylko dzięki Łubikowi dalej był remis.

Później mecz wyraźnie się uspokoił i oba zespoły nie miały już tak dogodnych okazji. Nie zmienia to faktu, że i Wisła, i GKS nie zamierzały spuszczać z tonu. Dalej grały intensywnie w pressingu, próbując stłamsić przeciwnika. Nadal trochę więcej do powiedzenia mieli przyjezdni z Górnego Śląska. Dłużej utrzymywali się przy piłce, częściej byli bliżej wykreowania sobie czegoś. Z tym, że to nie były tak dobre okazje, jak z pierwszych minut spotkania. Biała Gwiazda na swoją wielką szansę musiała czekać blisko pół godziny. Dwójkowa akcja, wykańczał ją Federico Duarte. Portugalczyk sprawdził Gabirela Kobylaka, ten nie dał się ograć. Niemniej jednak w grze beniaminka wreszcie coś ruszyło.

Krakowianie mieli swój lepszy moment, ich gra się poprawiła, chociaż dobrych okazji z tego nie było. Aż w 42. minucie ponownie uderzył Duarte, lecz trafił w słupek. Na swoje usprawiedliwienie ma pozycję, bo uderzał z ostrego kąta. I do przerwy nic się zmieniło. Trochę rozczarowująca pierwsza połowa. Szanse były, tempo było, a i tak bezbramkowy remis. Wisła na początku wyglądała na lekko skrępowaną powrotem, lecz z czasem zyskiwali pewność siebie.

Ekstraklaso, Wiślacy tęsknili!

Ciśnienie z Wisły wyraźnie zeszło po przerwie. Wtedy to oni przycisnęli, lepiej rozpoczęli tę część spotkania od GKS-u. A wcześniej było na odwrót. Zdążyli oddać 3 strzały w pierwsze 5 minut, lecz żaden z nich nie znalazł drogi do bramki. Podopieczni Rafała Góraka prosili się wręcz o kłopoty. A te pojawiły się w 53. minuty. Nie było najmniejszych wątpliwości, że Marcin Wasielewski nieprzepisowo potraktował Alana Urygę w polu karnym. Jedenastkę wykonywał Marko Božić. Rafał Strączek wyczuł intencje Austriaka i był bardzo blisko obrony, ale piłka niefortunnie przeleciała mu po rękach i wpadła do bramki. A ciśnienie z Wiślaków wyraźnie zeszło. 3 minuty później akcja rozprowadzona na skrzydło, Raoul Giger dośrodkował w pole karne. Do piłki wyskoczył Jordi Sanchez i „szczupakiem” podwoił prowadzenie. Stadion przy Reymonta wreszcie doczekał się takich chwil, po 4 latach tułaczki!

Podopiecznym Mariusza Jopa jeszcze było mało. Dwubramkowe prowadzenie wydawało im się niewystarczająco atrakcyjne i jeszcze cisnęli, jeszcze atakowali. A efekty przyszły prędko. Bo już w 64. minucie, zaledwie 7 minut od pierwszego trafienia Wisła znowu uderzyła. W polu karnym zrobiło się spore zamieszanie, w nim odnalazł się Sánchez i Hiszpan już mógł poszczycić się dubletem. Tak się przynajmniej wydawało. VAR ukrócił radość Krakowian, sędzia dopatrzył się faulu w ataku. Obraz meczu i tak diametralnie się zmienił. Przewagi Wisły nie dało się już podważyć. Gieksa z kolei wyglądała na kompletnie pogubioną i bez polotu.

GKS złapał kontakt, ale nie punkt

Dopiero na około 15-20 minut przed końcem spotkania GKS Katowice przebił się na połowę przeciwnika. Potrafił nawet trochę zagrozić, na przykład w 75. minucie za sprawą Markovicia. Norweg jednak nieznacznie spudłował. W ostatnim kwadransie Katowiczanie złapali nieco lepszy rytm i trochę niespodziewanie złapała kontakt. W 79. minucie sytuacja wymknęła się Wiśle spod kontroli, podobnie jak piłka w polu karnym. Szymon Bartlewicz dopadł do bezpańskiej futbolówki i przymierzył płasko do bramki. Pucharowicz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a kibice Wisły musieli jeszcze się wstrzymać ze świętowaniem.

Nie można odmówić GKS-owi woli walki, jego piłkarze wyraźnie podkręcili obroty w końcówce spotkania. Wisła z kolei bardziej się skoncetrowała na obronie korzystnego wyniku. I to jej się udało. Nie był to perfekcyjny mecz w wykonaniu podopiecznych Mariusza Jopa. Ale w sumie kto tego oczekuje zwłaszcza od beniaminka? Początek mieli nerwowy, widać było, że piłkarze odczuwali tremę. Może poza Marcelem Łubikiem, który w tym nefralgicznym momencie zachował zimną krew. Potem już Wisła grała dobrze w piłkę, a jeszcze lepiej w drugiej połowie. Nie zasypali przeciwników strzałami (i vice versa), ale potrafili wykorzystywać swoje szanse. I dzięki temu ich powrót do Ekstraklasy można uznać za bardzo udany. A forma GKS-u nie napawa optymizmem przed rewanżem z Żyliną, nawet mimo gola na koncie…

Wisła Kraków – GKS Katowice 2:1 (Božić 57′, Sánchez 60′ – Bartlewski 79′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img