Upokorzenie na Molineux. West Ham wpadł w spiralę beznadziei

Sobotni wieczór na Molineux miał być dla West Hamu szansą na złapanie oddechu. Zamiast tego stał się symbolem upadku – sportowego, mentalnego i organizacyjnego. Porażka 0:3 z Wolves, drużyną, która przed tym meczem nie potrafiła wygrać od 20 ligowych spotkań, to nie tylko kolejna plama na sezonie Młotów. To alarm, który słychać już w całym wschodnim Londynie.

Paradoks tej historii boli najbardziej. Wolves – uznawani za jedną z najsłabszych ekip Premier League w ostatnich latach – wyglądali przy West Hamie jak drużyna poukładana. Wilki pokazały pewność siebie i momentami nawet dominację. Już po czterech minutach Jhon Arias obnażył defensywę gości. Dalsza część pierwszej połowy była jedynie potwierdzeniem, że coś w tym zespole pękło na dobre. Rzut karny Hwanga Hee-Chana i trafienie Mateusa Mané przed przerwą dopełniły obrazu kompromitacji.

REKLAMA

Można dyskutować o sędziach – o niepodyktowanych rzutach karnych, o brutalnych faulach Wolves, które uchodziły płazem, o ewidentnym przewinieniu Jacksona Tchatchoui, który cudem uniknął czerwonej kartki. Tyle że byłoby to wygodne alibi. West Ham przegrał nie przez VAR, nie przez arbitra, ale przez własną bezradność. To był jeden z tych meczów, w których już po kwadransie widać, że drużyna nie ma ani pomysłu, ani wiary, ani charakteru.

Zmiany w przerwie – Souček i Mayers zamiast Pottsa i Magassy – niczego nie wniosły

Młoty krążyły bez celu, Wolves nie musieli nawet podkręcać tempa. W doliczonym czasie gry po stadionie niosły się „olé”, a gospodarze bawili się piłką jak na treningu. To była scena szczególnie bolesna dla kibiców West Hamu: ich drużyna została publicznie ośmieszona.

I w tym momencie trudno już uciec od nazwiska Nuno Espírito Santo. Portugalczyk znalazł się pod ścianą. Bilans dwóch zwycięstw w 15 meczach, trzecie miejsce od końca tabeli i cztery punkty straty do bezpiecznej strefy – to liczby, które nie dają żadnej ochrony. Nawet statystycznie Nuno wypada gorzej niż jego poprzednik, Graham Potter. Nic dziwnego, że kibice domagają się zwolnienia, a trybuny Molineux szydziły z niego, skandując, że „jest jednym z nich”.

Problem w tym, że zwolnienie trenera nie rozwiąże chyba niczego

Ta drużyna wygląda na kompletnie niezainteresowaną grą w bordowo-błękitnych barwach. Brakuje rywalizacji, agresji, odpowiedzialności. Jak trafnie zauważył Jermaine Defoe, w Premier League każdy ciężko pracuje – różnica polega na tym, czy potrafisz walczyć o drugie piłki, czy jesteś gotów zablokować strzał, czy naprawdę chcesz wygrać. West Ham w sobotę nie chciał niczego.

Nazwisko Slavena Bilicia znów pojawia się na radarze władz klubu

Sentyment? Być może. Ratunek? Trudno powiedzieć. Chorwat zna klub, zna presję, ale czy potrafi tchnąć życie w grupę zawodników, którzy wyglądają na mentalnie wypalonych? To pytanie ważniejsze niż samo nazwisko potencjalnego następcy Nuno.

Przed West Hamem kluczowy mecz z Nottingham Forest – rywalem równie pogrążonym w kryzysie. Zwycięstwo mogłoby dać iluzję nadziei, zmniejszyć stratę do bezpiecznego miejsca. Ale nawet jeśli Młoty wygrają, trudno uwierzyć, że ta drużyna ma w sobie mentalność potrzebną do utrzymania się w Premier League.

Dla wiernych kibiców West Hamu nadchodzą długie, mroczne miesiące. Sobotnia porażka z Wolves była czymś więcej niż przegraną – była lustrem, w którym klub zobaczył swoją obecną twarz. I nie jest to widok, od którego da się łatwo odwrócić wzrok.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    143,258FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ