Raków wciąż zawodzi. Korona Kielce kolejnym beneficjentem

W tamtym sezonie Jacek Zieliński dwukrotnie przegrywał z Rakowem Częstochowa – w Kielcach pokonał go Marek Papszun (1:4), zaś w Częstochowie Dawid Kroczek (0:2). Teraz Korona Kielce mierzyła się z Medalikami prowadzonymi przez Tomasza Kaczmarka. A to już zupełnie inny, słaby Raków, który nie potrafi nawiązać równej walki.

Wydawało się, że wejście w mecz ma dobre. Korona Kielce gubiła krycie w środku, pomocnicy byli wiecznie spóźnieni, a Częstochowianom bardzo łatwo przychodziła zmiana strony i ciężaru gry. Wszystko układało się bardzo dobrze. Lewą stroną przebijał się Tomasz Pieńko, jednak nie umiał zmusić Xaviera Dziekońskiego do pracy. Raków szybko jednak wytracił prędkość, a stroną młodzieżowego reprezentanta Polski zaczęli swobodnie biegać Wiktor Długosz i Camilo Mena. Wymienność oraz współpraca obu panów mogła się podobać kibicom gospodarzy – szczególnie, że jeszcze przed przerwą obaj zawodnicy zanotowali udział przy bramce.

Zaczął Długosz, który na swój unikalny sposób odważnie wbiegł między dwóch zawodników. Próba wywalczenia sobie pozycji do dośrodkowania przyniosła coś znacznie lepszego niż wrzutka. Faul na skraju pola karnego był już wewnątrz szesnastki, a Mariusz Stępiński z jedenastu metrów się nie myli. Raków po golu praktycznie przestał grać. Patrik Hellebrand i Kamil Jakubczyk przejęli środek pola, a najwięcej problemów defensorom rywali sprawiał Mena. W 33. minucie Kolumbijczyk po prostu wziął piłkę i… zaczął biec przed siebie. Chyba sam nie wierzył, że żaden z rywali nie zamierza mu przeszkadzać. Ani Pieńko, ani Oskar Repka nawet nie spróbowali. Mena z tego skorzystał, dobiegł do linii piątego metra i sieknął pod poprzeczkę.

Korona miała kontrolę nad meczem

Ekipa Medalików nie mogła się odkręcić i wrócić do meczu. To Korona prowadziła grę, to Korona atakowała. Kacper Trelowski miał trochę roboty, a przed golem kontaktowym łapał strzał z dystansu Michaela Ameyawa. Zaraz po tym wydarzeniu Lamine Diaby-Fadiga z przypadku dał kontakt. Nic nie zwiastowało bramki dla Rakowa, lecz i to Częstochowianie potrafili zepsuć. Parę minut minęło, Mena pada w polu karnym po kontakcie z Pieńką i sędzia Bartosz Frankowski po raz kolejny wskazuje na wapno. Stępiński kompletuje dublet, a Korona wraca do bezpiecznego, dwubramkowego prowadzenia. 3:1 mogło być nawet chwilę wcześniej, lecz Lingr nie zdołał wykorzystać świetnego podania od Jakubczyka.

Wynik dla gospodarzy nie był jednak wystarczający, a wpuszczony na boisko Morgan Fassbender pchał akcje do przodu, jakby jego drużyna goniła wynik. Swoją szansę na dublet miał także Diany-Fadiga, lecz Dziekoński w pojedynku jeden na jeden okazał się lepsza. Młody bramkarz nie miał już jednak szans z uderzeniem z dystansu wpuszczonego chwilę wcześniej Bogdana Mirčeticia. Mimo ogromnej przewagi na boisku, Korona miała spore problemy z koncentracją w tyłach. Stracone bramki były efektem właśnie rozluźnienia i poczucia braku zagrożenia ze strony rywali.

Czy w obecnej formie Rakowa wyczynem jest z nim wygrać? Pewnie nie. Czy wyczynem jest go w taki sposób zdominować? Może trochę bardziej, lecz wciąż nie jest to fizyka kwantowa. Niemniej jednak brawa należą się do Korony, gdyż na swoim boisku wyglądała bardzo pewnie w pojedynkach i zdołała stłamsić fizycznie rywala. Można było odnieść wrażenie, że Częstochowianie boją się kontaktu z przeciwnikiem i kładą się przy każdej okazji. W PKO BP Ekstraklasie z takim mentalem nie da się osiągać wyników.

Korona Kielce – Raków Częstochowa 3:2 (Stępiński k. 19′, k. 62′, Mena 33′ – Diaby-Fadiga 58′, Mirčetić 82′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img