Raków górą w pingpongowym pojedynku, ale GKS Katowice dał z siebie wszystko

Co za pojedynek! Z iloma zwrotami akcji mieliśmy do czynienia, to głowa mała. Spokojnie starczyłoby ich na jeden film. Ale ostatecznie Raków Częstochowa i GKS Katowice musiały rozstrzygnąć ten półfinał. Doszło do tego w rzutach karnych, w których górą były Medaliki. Dwie ważne interwencje zaliczył Oliwier Zych.

Ciekawie rozpoczął ten mecz GKS Katowice, bo od kilku obiecujących akcji po kontratakach i stałych fragmentach gry. Napędzały go odbiory w środku pola, ale im bliżej bramki był, tym bardziej wytracał tempo. Centrom Marcina Wasielewskiego brakowało trochę precyzji. Oliwier Zych musiał wysilić się tylko przy silnym strzale Sebastiana Milewskiego. Zważywszy na to, że Katowiczanom problemy sprawiało jednak wyprowadzenie piłki z własnej połowy, to wkrótce musiało nastąpić momentum gospodarzy.

REKLAMA

GKS Katowice korzystał z błędów Rakowa

I nastąpiło. Raków coraz bardziej dominował posiadanie piłki, przeprowadzał też coraz więcej akcji. Nie znaczy to, że zmuszał rywala do głębokiej defensywy, ale wydawało się, że kontroluje sytuację. Wystarczyła jednak kolejna strata Częstochowian na własnej połowie (po dalekim podaniu Zycha), żeby losy rywalizacji nabrały kolorytu. Erik Jirka został znaleziony w polu karnym, po czym ułożył sobie Bogdana Racovitana i finezyjnie pokonał bramkarza. Asystował nie kto inny jak Bartosz Nowak, którego nie zdołał powstrzymać Stratos Svarnas.

Gol otwierający wynik spowodował, że gra Medalików rozsypała się jak domek z kart. Nie potrafili oni zaskoczyć gości. Byli zbyt statyczni i wolni w konstruowaniu akcji. Brakowało im płynności. Natomiast ich piętą achillesową okazało się rozgrywanie pod wysokim pressingiem, bo ten element sprawiał niefunkcjonował przez całą pierwszą połowę. Raz po stracie Iviego Lopeza świetną szansę miał Nowak. Innym razem drugi raz szczęścia szukał Jirka. W międzyczasie prezentu od Dawida Kudły nie wykorzystali Jonatan Braut Brunes oraz Karol Struski. W przeciwieństwie do nich zrobili to piłkarze trenera Rafała Góraka. Oskar Repka popełnił w jednej akcji dwa błędy – pozwolił sobie odebrać piłkę, a potem sfaulował w polu karnym Nowaka. Z jedenastki do siatki trafił Arkadiusz Jędrych.

Medaliki wcisnęły pedał gazu

Sytuacja drużyny z Częstochowy nie malowała się kolorowo. Ta jednak pokazała silną mentalność, gdy w zaledwie cztery minuty sprawiła, że wynik ze stanu 0:2 zmienił się na 2:2. Najpierw niewidoczny do tej pory Jean Carlos napędził atak w środku pola i podał do Brunesa, który mocnym uderzeniem po ziemi dał kolegom bramkę kontaktową. Nie minęło wiele czasu, a po dośrodkowaniu Michaela Ameyawa wyrównał Bogdan Racovitan. Defensor strzelił z główki tuż przy bliższym słupku.

Oglądaliśmy kompletnie odmieniony Raków – znacznie żywszy, pewniejszy siebie. Ciągle wystawiał na próbę defensywę przyjezdnych. Drugiego gola szukał Brunes, mocno niecelnie strzelił Ameyaw. GKS kompletnie się pogubił i nie przypominał siebie z pierwszej części gry. Co gorsza, przez kontuzję z boiska zejść musiał Lukas Klemenz. Zastąpił go Marten Kuusk, który niedługo później… sprowokował rzut karny po zagraniu ręką. Brunes został zatrzymany przez Kudłę, ale z dobitką Lamine’a Diaby-Fadigi golkiper już sobie nie poradził. Sędziego długo zastanawiało, czy strzelec nie wbiegł w szesnastkę zbyt szybko, ale po weryfikacji VAR uznał gola. Choć Diaby-Fadiga faktycznie zbytnio się pospieszył, to nogę trzymał w powietrzu.

W końcu Katowiczanie wzięli się w garść. Nie mieli już nic do stracenia. Nie raz pod bramką Zycha robiło się gorąco. Ten okres gry nie trwał długo. Gospodarze nie chcieli nerwówki, więc zwarli szyki i nie pozwalali przeciwnikom na zbyt wiele. Regularnie szukali kontrataków. Ale tu nie potrzebna była duża chmura, by podopieczni Łukasza Tomczyka skapitulowali w doliczonym czasie. Imponująco celną centrą popisał się Eman Marković. Adam Zrelak zgasiwszy piłkę, wyrównał na 3:3. Serca Częstochowian zabiły raz jeszcze, gdy tuż przed końcem drugiej części spotkania sędzia sprawdzał potencjalny rzut karny dla GKS-u Katowice, ale po następnej interwencji VAR-u nie przyznał go. Czekała nas dogrywka.

Rollercoaster aż do rzutów karnych

Wbrew pozorom ani jedni, ani drudzy nie zamierzali się okopywać. To oczywiście nie tak, że mieliśmy do czynienia z jazdą bez trzymanki. To była wyważona gra, ale obie strony szukały swoich szans. W niektórych momentach dało się wyczuć pismo nosem, lecz ostatecznie obrońcy Rakowa zatrzymywali zakusy rywali i na odwrót. Ta rozgrywka szachów trzymała w napięciu ze względu na stawkę spotkania. Zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, ale nikt nie odpuszczał.

To, co działo się w Częstochowie, było niepojęte. Najpierw Medaliki ponownie objęły prowadzenie. Kluczową rolę w tym odegrał Leonardo Rocha. Portugalczyk przeciął tor lotu piłki po dośrodkowaniu Karola Struskiego z rzutu wolnego. Po odbijance od piłkarzy GKS-u Katowice napastnik mógł cieszyć się z ważnego trafienia, które ostatecznie zapisano jako gol samobójczy Alana Czerwińskiego. Goście potrafili odpowiedzieć pięknym golem Emana Markovicia. W tej sytuacji żadnych szans nie miał Zych. Nikt nie rezygnował z biletu do finału w Warszawie i przez to musiało dojść do serii rzutów karnych.

Strzelanie pewnie rozpoczął Rocha, a odpowiedział mu Jędrych. Po kolejnych jedenastkach stało się jasne, że to będzie pojedynek do pierwszego błędu. Ten przyszedł w trzeciej serii, gdy Zych obronił uderzenie Jirki. Przy stanie 4:2 trafić musiał Milewski, ale nie wytrzymał presji. Bohatersko interweniował ponownie Zych, który wprowadził Rakowa do finału Pucharu Polski. Mecz o tytuł odbędzie się 2 maja.

Raków Częstochowa – GKS Katowice 4:4 (4:2 k.) (Brunes 47′, Racovitan 49Diaby-Fadiga 68′, Czerwiński 112′ (sam.) – Jirka 21′, Jędrych 41, Zrelak 90′+3, Marković 116′)

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    146,011FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ