Czwarty zespół polskiej ekstraklasy kontra czwarty zespół ligi maltańskiej. Tak prezentowało się w przełożeniu spotkanie Raków Częstochowa – Valletta FC. Przed meczem typowano, że polskie zespół gładko poradzi sobie z egzotycznym rywalem – nawet bez Jonatana Brauta Brunesa, który ze względu na dopinanie transferu do Sparty Praga w tymże starciu nie wystąpił. Raków po pierwszej połowie powodował załamanie rąk, ale wylądował mięciutko.
Aby uprzykrzyć życie podopiecznym Dawida Kroczka, wystarczyło zagrać kompaktowo i od początku pokazać dobre przygotowanie do gry rywala. Valletta FC ustawiła swoje formacje na tryb „przeszkadzaj”, co dało naprawdę dobry efekt. Częstochowianie mieli problem już z rzeczą tak podstawową, jak rozegranie piłki. Przez odcięcie Oskara Repki, defensorzy Rakowa musieli spokojnie rozgrywać piłkę od tyłu i szukać skomplikowanych rozwiązań. Gra między linie nie zawsze wychodziła, a długie piłki nie były utrzymywane. Maltańczycy zobaczyli, że mają szansę nie tylko się bronić, lecz mogą także zaatakować. Pierwsze ostrzeżenie posłał Andrea Zammit po rzucie rożnym. Kacper Trelowski poradził sobie z próbą skrzydłowego, ale niedługo później nie miał szans zatrzymać strzału Manuela Morello. Zawalił w tej sytuacji przede wszystkim Jean Carlos, który nie upilnował swojego gościa przy kryciu indywidualnym. Choć trzeba oddać, że wrzutka Thaylora była naprawdę zacna.
Raków męczył się z Maltańczykami
Trudno się oglądało bezradny ofensywnie Raków. Nie zgadzało się za wiele – szwankowało wspomniane rozegranie od tyłu, wyłączony był środek pola, zaś ofensywni zawodnicy nie potrafili ze sobą współpracować. Valletta w pierwszej połowie bardzo dobrze broniła, a próby rozerwania obrony były zbyt rzadkie. W bramce dobrze spisywał się także Moringa, który zdecydowanie był bohaterem swojej drużyny. Odbijał strzały Michaela Ameyawa i Bogdana Racovitana. Ruchliwy był też Adin Molnar, lecz niewiele wynikało z jego poczynań. Brakowało trochę planu gry przeciwko niskiemu blokowi przeciwnika, a Mahir Emreli trochę zlekceważył sytuację na minuty przed zejściem na przerwę. Jeden z defensorów wybił jego próbę strzału, ale Azer wprowadził poprawki do swojej gry. Po przerwie stanął z piłką przed bramką i zachował na tyle spokoju, żeby przed strzałem jeszcze przełożyć jadącego wślizgiem obrońcę. Gol wyrównujący poprzedziła jednak świetna, podwójna interwencja Moringi, która zabrała bramkę Ameyawowi.
Wyrównanie było ważnym wydarzeniem w tym meczu, ale Częstochowianom zabrakło pójścia za ciosem. Valletta FC zobaczyła, że tu wcale nie jest po ptokach, tylko kontynuowała realizację swoje planu. Konsekwencją jej gry była wrzutka w pole karne, po której sędzia podyktował rzut karny – piłka trafiła bowiem w rękę Patryka Makucha. Dawid Kroczek musiał wierzyć, że Trelowski da radę obronić strzał. Polak nie odbił piłki, rzucił się w drugą stronę. Na szczęście Petar Sekulović po prostu kopnął z jedenastu metrów gdzieś na zajezdnię tramwajową. Los czuwał nad Rakowem. Bliski narobienia problemów swojej drużynie był Makuch, więc i jemu przypadł obowiązek wzięcia na siebie odpowiedzialności. W 78. minucie dostał piłkę przed polem karnym, przyjęciem ułożył sobie ją do strzału i posłał ją po ziemii do siatki. Tym razem Moringa nawet nie miał szans na skuteczną interwencję.
Na boisku się zaostrzyło, turecki arbiter kartek nie wyciągał, a trener Kroczek sięgnął po młodzież. Na boisku zameldowali się Adam Basse – który błysnął skutecznością w sparingach – a także sprowadzony latem Jakub Jendryka. Żaden z nich mocno do podwyższenia na 3:1 się nie przyczynił. Za asystenta robił Makuch, który wrzucił piłkę prosto na głowę Stratosa Svarnasa. Źle się zaczęło, skończyło pozytywnie. Obok stylu gry Rakowa w tym meczu jednak nie można przejść obojętnie.



