Górnik Zabrze z porażką w Budapeszcie. Jeden gol do odrobienia za tydzień

W następnej rundzie czeka albo Trabzonspor, albo AS Monaco. Aby nie trafić na zespół z Ligue 1, trzeba pokonać węgierski Ferencvaros. Górnik Zabrze zaczął więc od podróży do Budapesztu swoją walkę o Ligę Europy i mimo początkowych problemów zagrał niezłe spotkanie. To jednak nie wystarczyło, aby dać sobie komfort. Za tydzień przy Roosevelta znów trzeba będzie odrabiać jednobramkową stratę.

Żółta kartka Josemy i napór gospodarzy – początek meczu mógł zwiastować spore problemy. Górnik Zabrze się cofnął, a Ferencvaros poczuł krew. Zagrania wzdłuż linii bramkowej na szczęście dla podopiecznych Michala Gasparika nikt nie przeciął. Dele trafił głową w poprzeczkę, Gabi Kanichowsky uderzał nieznacznie niecelnie, a Lenny Joseph nie trafił z bliska do pustej bramki. Haitańczyk z pewnością zebrał za tę sytuację sporą burę w szatni, gdyż jego drużyna nie wykorzystała doskonałej okazji na gola. Rywal się zmęczył, Górnik dotrwał do przerwy na picie i zaczął grać. Zabrzanie wyszli z niskiego bloku, przejęli inicjatywę i zaczęli straszyć.

Górnik Zabrze wyszedł z niskiego bloku

Akcje miały podobny schemat – zagranie piłki do Erika Prekopa, który perfekcyjnie wywiązywał się z roli futsalowego pivota. Słowak utrzymywał futbolówkę, wiązał stoperów i uruchamiał swoich kolegów podaniem w uliczkę. Yvan Ikia Dimi uderzył nad poprzeczką po podaniu Taofeeka Ismaheela, problemy rywalom sprawiał także Kacper Urbański. Ofensywnego pomocnika oglądało się bardzo przyjemnie. Można było mieć nawet wrażenie, że wraca ten piłkarz, w którym zakochaliśmy się w okresie EURO 2024. Nie padł jednak gol, a więc na przerwę obie drużyny schodziły z poczuciem niewykorzystanego okresu przewagi.

W drugiej połowie natomiast mieliśmy już bardziej wyrównaną grę. Więcej było utrzymania piłki, mniej odsłaniania tyłów. Denes Dibusz po godzinie gry tylko odprowadził wzrokiem strzał Ismaheela, trochę ożywienia do gry Zabrzan wniósł wprowadzony z ławki Maksym Kolan, lecz to gospodarze pierwsi cieszyli się z gola. Cadu zrobił przewagę na lewym skrzydle, Marius Corbu znalazł trochę miejsca i bez presji ze strony Lukasa Sadilka przymierzył sprzed szesnastki. Philipp Schulze, który w tym meczu za dużo ciężkiej pracy nie doświadczył piłki nie sięgnął, lecz winnych trzeba szukać w drugiej linii. Czeski pomocnik był za daleko przeciwnika, Urbański mógł zawęzić, a Maximilian Dietz nie łapać aż takiej głębi w polu karnym. W newralgicznej strefie rumuński strzelec gola miał po prostu za dużo miejsca.

Ferencvaros mógł więc trochę lepiej pożytkować siły. Prowadząc nie musieli już męczyć się w upale, tylko rozsądnie zarządzać wynikiem. Górnik próbował szukać wyrównania, Urbański uderzał nad poprzeczką, lecz to Węgrzy postraszyli kolejną akcją Corbu i strzałem niecelnym. Ostrzeżenie było wyraźne, a przecież jedna bramka straty przed rewanżem to nie był taki ogromny problem. Tym bardziej że gospodarze dobrze czuli się na placu, a ich uderzenia z dystansu siały postrach – Kanichowsky przy pomocy rykoszetu mógł zaskoczyć leżącego już Schulze. Zza pola karnego dla Górnika mógł trafić Peter Federico, lecz piłka przeszła obok słupka. W doliczonym czasie po raz pierwszy Zabrzanie przetestowali Dibusza właśnie za sprawą Federico. Za mało na dobrze dysponowany Ferencvaros, lecz rewanż będzie doskonałą szansą na odwrócenie losów rewanżu.

Ferencvaros – Górnik Zabrze 1:0 (Corbu 65′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img