W zeszłym sezonie Jagiellonia Białystok została Mistrzem Polski, zaś Wisła Kraków podniosła krajowy puchar. Spowodowało to, że oba kluby czekały na pojedynek o Superpuchar Polski. Oczekiwanie to przedłużyło się ze względów logistycznych, aż wreszcie mecz odbył się 2 kwietnia na Stadionie Narodowym. Obiekt niewypełniony nawet w połowie, brak kibiców z Białegostoku i mecz, który nie wzbudzał większych emocji. Ale jeśli już obie drużyny pofatygowały się w środku tygodnia do Warszawy, aby o ten Superpuchar Polski powalczyć, to trzeba było dać z siebie wszystko, żeby nie wracać do domu z pustymi rękami.
Pierwsza chęć do zrobienia czegoś poważniejszego pod bramką rywala wykazali Wiślacy. W pole karne wypuszczony został Łukasz Zwoliński, jednak z jego strzałem poradził sobie Sławomir Abramowicz. To był początek chwilowej przewagi Wisły Kraków, która zagościła pod polem karnym białostoczan na dłuższą chwilę. Kolejną próbę Zwolińskiego, a także dwa uderzenia Oliviera Sukiennickiego dała radę jednak zablokować defensywa Jagi.
Jagiellonia wyszła na prowadzenie i… tyle ciekawego
Ekipa z województwa podlaskiego przetrwała słabszy moment i odpowiedziała w najlepszy możliwy sposób. Składna akcja, która doprowadziła do znalezienia się Darko Churlinova z piłką tuż przed bramką Wisły, zakończona została celnym strzałem Macedończyka, który na słupek sparował Patryk Letkiewicz. Piłka odbiła się jednak w taki sposób, że dała szansę na dobitkę drugiemu ze skrzydłowych – Mikiemu Villarowi. Były zawodnik właśnie krakowskiej drużyny z bliska trafił do siatki i dał swojemu zespołowi prowadzenie.
Jagiellonia po bramce zdołała przejąć kontrolę dzięki długiemu utrzymywaniu piłki we własnym posiadaniu. Nie ustrzegali się jednak błędów. W 25. minucie piłkę przy rozegraniu od tyłu rywalowi oddał Abramowicz, ale obeszło się bez konsekwencji. Wisła rzadko, bo rzadko, ale czasem potrafiła odebrać futbolówkę i coś z nią zrobić. Najczęściej zagrożenie jej zawodnicy generowali po stałych fragmentach gry, ale i tu brakowało celności. Prócz nich brakowało ciekawych wydarzeń na boisku. Zamiast kopać piłkę, to piłkarze woleli kopać siebie nawzajem. Sędzia Jarosław Przybył starał się temperować takie zachowania, ale co jakiś czas któryś z piłkarzy zarabiał kopniaka.
Szczerze mówiąc, boiskowe wydarzenia odpowiadały stanowi trybun. I nie chodzi o to, że przeważała Wisła Kraków. Pierwsza połowa tego meczu zdecydowanie nie była najlepszą reklamą Superpucharu Polski. Jagiellonia nie starała się podejmować ryzyka, grali na 50% swoich możliwości. Może taki obrót spraw determinował wynik, ale mimo wszystko oczekiwać można było więcej.
Jeśli ktoś kazał mi po pierwszej połowie wybrać jednego, wyróżniającego się gracza, to miałbym ogromny problem. Na siłę można wskazać tego Abramowicza, bo parę sytuacji obronił w pierwszej połowie i od intewencji rozpoczął drugą część spotkania. Strzał Sukiennickiego był celny i trochę problemów bramkarzowi Jagi sprawił. Ale wracając do wyróżniania zawodników, to nikogo więcej wskazać się nie dało.
Ciąg dalszy marnego widowiska
Ciężko było oczekiwać, że Jagiellonia ruszy do ataku. Szczególnie bez zagrożenia ze strony Wisły. A tam jedyną osobą, która próbowała coś ruszyć ofensywnie, był Sukiennicki. Warto tu zaznaczyć, że to on najczęściej uderzał na bramkę Dumy Podlasia, lecz niewiele z tych strzałów było jakościowych. Zmiany też nie dały niczego ekstra. Kacper Duda raz groźnie uderzył z rzutu wolnego, ale skończyło się na bocznej siatce.
W 68. minucie błąd obrońców i złe wyjście bramkarza mógł wykorzystać Łukasz Zwoliński, ale sytuację uratował wślizgiem Mateusz Skrzypczak. To mogło być ostrzeżenie dla białostoczan, choć oni też swoje sytuacje mieli. Raz Jesus Imaz uderzył zbyt lekko, raz Villar strzelił tak, że Letkiewicz spokojnie złapał piłkę. Mecz jednak zmierzał ku końcowi i nic nie wskazywało na to, że podczas ostatniego kwadransa zdarzy się coś przełomowego. Nadzieję wlał w serca Lamine Diaby-Fadiga swoim rajdem przez całe boisko, ale tuż przed strzałem dał się dogonić. Wisła w końcówce praktycznie się odkryła z tyłu, ale ani gola wyrównującego, ani gola na 2:0 nie obejrzeliśmy.
Jedyne co dało się zapamiętać z tego meczu, to doping kibiców z Krakowa. Ciężko o inny rezultat pojedynku stoczonego na głosy, jeśli sympatycy z Białegostoku w Warszawie się nie zjawili. Na boisku wygrała Jagiellonia Białystok i zdobyła Superpuchar Polski. Brawo, ale mecz równie dobrze mógł się nie odbyć i też nikt by nie płakał.