Reprezentacja Polski w końcu została złapana przez rzeczywistość i nie zdołała awansować na nadchodzący mundial. To wynik ostatnich lat naznaczonych nietrafionymi wyborami trenerów na stanowisko selekcjonera. Coś, co było przez tyle czasu zamiatane pod dywan, musiało się zemścić. Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Kadra od dawna potrzebowała resetu. Teraz wszystko w rękach Jana Urbana, od którego zależy, czy polski zespół zostanie zbudowany na solidnych fundamentach, którymi wstrząsnął mecz ze Szwecją.
Tak to w życiu bywa, że nie wszystko układa się idealnie. Pasuje to do naszej reprezentacji. Podobnie jest też z naszą redakcyjną chronologią wydarzeń prowadzących do tego, czym dziś stała się polska kadra – to nie tak, że jak za sprawą czarodziejskiej różdżki wszystko złe rozpoczęło się wraz z 2020 rokiem. Natomiast ten czas to swoisty najazd przed skokiem na łeb na szyję.
Ówczesny selekcjoner Jerzy Brzęczek otrzymał całą Ligę Narodów na przygotowanie drużyny na przełożone Mistrzostwa Europy. Jeśli chciał on odwrócić silny trend krytycznych opinii co do swojego stylu, to niezbyt mu to wyszło. Zaledwie jeden punkt w czterech meczach z Holandią i Włochami przelał czarę goryczy. Ta jednak rozlała się nie bezpośrednio po listopadowym zgrupowaniu, a dopiero w styczniu kolejnego roku, bo dopiero wtedy Brzęczek został zwolniony. Tak rozpoczęła się odyseja polskiego futbolu, do dziś dryfującego daleko od brzegu po tym, jak kolejni sternicy z różnych powodów nie okazywali się wybawcami.
Reprezentacja Polski mądra po szkodzie
Cały ten chaos to mieszanka złych wyborów, złudnych nadziei i szczypty pecha. Z grona czterech poprzedników Jana Urbana tylko Paulo Sousa wydawał się właściwy dla takiej polskiej myśli szkoleniowej, jaką chcą widzieć śledzący ją kibice. Wpuścił on sporo świeżego powietrza i wyciągnął piłkarzy ze strefy komfortu. Chciał zespół grający odważnie i atrakcyjnie. Zmiana jednak kosztowała nas nieudane Euro 2021 – coś za coś, bo Portugalczyk miał przed okresem przygotowawczym na turniej tylko jedno, marcowe zgrupowanie. Samo zatrudnienie go nie było więc błędem. Błędem natomiast był czas, w którym to zrobiono. Zbigniew Boniek podjął decyzję o zmianie trenera tuż przed końcem cyklu od rozpoczętego po Mistrzostwach Świata w 2018 roku.
Sousa swojej misji nie wypełnił, bo tuż po eliminacjach do mundialu w Katarze postanowił przyjąć ofertę Flamengo. Abstrahując od tego, czy mieliśmy do czynienia z oszukaniem 40 milionów Polaków, taki obrót spraw uznać należy zwyczajnie za pechowy. Zbliżały się ważne mecze barażowe z Rosją i Szwecją (ze Sborną ostatecznie nie zagraliśmy), toteż kolejny selekcjoner musiał mieć w sobie coś z zadaniowca.
Padło na Czesława Michniewicza, który załatwił Polsce bilet na światowy czempionat, ale jednocześnie cofnął drużynę w rozwoju. Do dziś memiczny pozostaje mecz z Argentyną w ostatnim grupowym meczu. Właściwie to od niej zależało czy prezentujący się miernie i grająca biernie reprezentacja Polski przejdzie do fazy pucharowej. Mimo to Michniewicz nie odszedł z powodu stylu (chociaż przegrana 1:3 z Francją zwiastowała zmiany na lepsze), a raczej przez kontrowersje, jakie wokół niego i jego kadry stopniowo narastały. Ciążyły na nim rzekome powiązania z Fryzjerem, afera premiowa, konflikty z szatnią, dziennikarzami i Jakubem Kwiatkowskim. Po prostu bałagan…
Kolejne nietrafione wybory
Pragmatyzm mógł się przejeść, ale to chyba w nim Cezary Kulesza widział nadzieję reprezentacji, skoro następnym selekcjonerem został Fernando Santos. Na papierze był to świetny ruch – doświadczony trener, mistrz Europy z 2016 roku z Portugalią, którą prowadził przez 8 lat. Balonik pękł już podczas debiutanckiego dla 71-latka spotkania z Czechami, kiedy po 3 minutach Polacy dali sobie strzelić 2 bramki. Praska kompromitacja to tylko wstęp. Później doszło do katastrofy w Kiszyniowie (2:3 z Mołdawią) oraz dramatu w Tiranie (0:2 z Albanią). Stało się jasne, że Santos tylko odcina kupony po owocnej karierze. Zabrakło lepszego prześwietlenia tej osoby. Jego licznik u steru polskiej kadry zatrzymał się na 6 meczach i kilku zmarnowanych miesiącach.
Ponownie trzeba było ratować eliminacje. Kulesza postawił tym razem na zaufanego człowieka, jakim był Michał Probierz, który, prawdę mówiąc, lata świetności w trenerstwie miał już za sobą. Za pewien argument na korzyść trenera dało się uznać doświadczenie z reprezentacji U-21. Z nią jednak rozgrywał głównie mecze towarzyskie.
Na krótką metę się sprawdził (jak to w ostatnich latach bywało), bo zdołał awansować na ostatnie Euro, ale gdy przyszło mu budować zespół z myślą o mistrzostwach w USA, Kanadzie i Meksyku, działo się coraz gorzej. Mrzonką stały się zapewnienia o chęci zaimplementowania odważnego stylu gry – rzeczywistość zweryfikowała te deklaracje w meczu z Austrią. Ostatnie tygodnie kadencji selekcjonera upłynęły pod znakiem coraz bardziej zagęszczającej się atmosfery. Odebranie opaski kapitańskiej Robertowi Lewandowskiemu oraz blamaż z Finlandią przypieczętowały jego los.
Jan Urban zrestartuje system?
Niemożliwym wydaje się sianie fermentu przez tyle lat, przez tylu różnych selekcjonerów. A jednak reprezentacja Polski od 2020 roku nie zaznała chwili spokoju i harmonii. Kolejne sukcesy, jakimi były awanse na duże turnieje nie mówiły kompletnie nic o jej prawdziwym stanie. Brak kwalifikacji do nadchodzącego mundialu może okazać się zbawiennym wstrząsem.
Co prawda w teorii lepiej rywalizować z mocniejszymi rywalami o stawkę niż opuszczać okazje do sprawdzenia się z nimi, lecz w braku promocji dostrzegamy w tym nadzieję na wyraźny reset. Jan Urban nie będzie zmuszony do udźwignięcia ciężaru, który zatopił Michniewicza i podtopił Probierza oraz Sousę. W USA musiałby balansować między tak ważnym dla nas stylem a wynikami. Ostatecznie w czerwcu poprowadzi kadrę tylko w dwóch sparingach, a potem w sześciu spotkaniach dywizji B Ligi Narodów. To sporo czasu na skonsolidowanie tego, co już wypracował. I to w spokojniejszych warunkach.
Gdyby zastanowić się mocniej, to mierzenie się ze słabszymi rywalami we wspomnianej Lidze Narodów nie brzmi jak koniec świata. Czasem trzeba zejść poziom niżej, żeby utrwalić schematy, które pozwolą lepiej rywalizować na wyższym poziomie. Oczywiście, celem będzie powrót do dywizji A, ale z takimi przeciwnikami wydaje się to łatwiejsze. Jednocześnie wciąż nie czekają nas łatwe starcia. Ostatecznie Bośnia i Hercegowina oraz Szwecja to finaliści mundialu, więc znajdują się w gronie 16 najlepszych zespołów Europy. Rumunia imponowała podczas Euro 2024.
Powiedzmy też sobie szczerze: kto, jeśli nie Jan Urban, miałby posprzątać po poprzednikach? Jeśli są ludzie preferujący zatrudnienie na stanowisko selekcjonera Polaka, to go mają. 63-letni szkoleniowiec to też solidna marka na polskim rynku – w przeciwieństwie do Probierza – która zamierza wprowadzić ofensywny styl – nie tak, jak Michniewicz oraz Santos. W porównaniu z wadami Santosa i Sousy uwidacznia się następna drobna, lecz chyba równie ważna, zaleta – Urbanowi zwyczajnie zależy. Tak zbalansowanego pod względem umiejętności i przymiotów trenera dawno nie mieliśmy.
