To był zupełnie inny mecz niż ten ligowy z Zabrza. W środowy wieczór inicjatywę miał Lech Poznań, który nie potrafił jej przekuć w konkrety – nawet z rzutu karnego i przez około kwadrans grając w przewadze jednego piłkarza. W konsekwencji pragmatyczny Górnik Zabrze pokonał go 1:0 i zameldował się w półfinałach Pucharu Polski.
Lech z niedzieli i Lech z pierwszej połowy dzisiejszego ćwierćfinału to dwie różne drużyny. Przeciwko Rakowowi Częstochowa zgadzało się tempo, intensywność oraz zadziorność. Z kolei podczas rywalizacji z Górnikiem Poznaniacy jakby wyszli z założeniem, że wygrają to spotkanie na chodzonego. Dobrze, może nie na chodzonego, ale przynajmniej na niższych obrotach po zredukowaniu biegu przynajmniej o jeden – tak to się prezentowało.
Przez pewien okres nawet podobały się obiecujące próby przedostania się w pole karne Zabrzan kombinacjami podań na małej przestrzeni w centralnej części boiska. Kolejorz znajdował sobie miejsce i pokazywał, jak utalentowanych technicznie ma zawodników. Bynajmniej nie przekładało się to na akcje bramkowe. Najlepszą szansę po dośrodkowaniu Joela Pereiry miał Mikael Ishak. Jego strzał już leciał do bramki, ale ostatecznie jeden z defensorów zablokował piłkę. A oprócz tego? Bieda.
Z czasem Żabole zagęściły środek pola. Z łatwością zatrzymywały rywali bardziej pragmatycznym stylem gry – wyczekując na swoje okazje w fazach przejściowych. Do tego coraz częściej dokładały kontrataki. Początkowo gospodarze sobie radzili, ale w końcu podopieczni Michala Gasparika przyspieszyli tak, że objęli prowadzenie. Lukas Sadilek odnalazł w polu karnym Yvana Dimiego Ikię, który wziął na plecy Mateusza Skrzypczaka, po czym dograł na wolne pole do wbiegającego Czecha. Ten załadował pod poprzeczkę.
Lech nie znalazł sposobu. Górnik wytrzymał nawet po czerwonej kartce
Jeśli kibice na Enea Stadionie liczyli na jakąś reakcję po przerwie, to też musieli się zawieść. Lechici niby dominowali posiadanie piłki, zamykali przeciwnika na jego własnej połowie, ale brakowało jakichś elementów zaskoczenia. To był zwyczajnie Kolejorz z początku sezonu. Kolejorz, który totalnie nie miał pomysłu na rozbrajanie defensywy oponentów, gdy ci wycofywali się i byli skoncentrowani na obronie. Goście z Zabrza z łatwością trzymali miejscowych na dystans. Niby można przyczepić się do tego, że niewiele atakowali, natomiast póki mecz układał się w korzystny dla nich, spokojny sposób, to ich postawlę dało się uzasadnić.
Trener Niels Frederiksen zdecydował się więc na zmiany. Wprowadził Taofeeka Ismaheela, Patrika Wålemarka oraz Gisliego Thordarsona. I zespół ze stolicy Wielkopolski zaczął grać… jeszcze gorzej. Górnicy przebudzili się. Zaczęli regularnie wychodzić z akcjami. Natomiast często niebiesko-białych ratowały rzuty karne. Tego typu scenariusz prawie powtórzył się na początku ostatniego kwadransa gry, kiedy Joel Pereira wywalczył jedenastkę. Faulował go Maksym Chłań. Skrzydłowy otrzymał drugą żółtą kartkę. W konsekwencji musiał zejść z boiska.
Portugalski defensor chciał wziąć sprawy w swoje ręce. Jego zamiary wyczuł Marcel Łubik. Bramkarz uratował swoką drużynę przed stratą bramki. Lechowi pozostała próba wyrównania w trakcie gry z przewagą jednego zawodnika. Obległ bramkę gości, ale nie potrafił znaleźć sposobu na trafienie do niej. Bardzo efektownie próbował pomóc kolegom Yannick Agnero, ale po strzale Iworyjczyka z przewrotki piłka wylądowała poza pole gry. Zabrzanie skutecznie się bronili i wytrzymali napór.
